01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 5 Z dnia na dzień ruszamy w drogę coraz później. Trzeba będzie to zmienić.
Od rana słońce przyświeca. Jedziemy wzdłuż Dravy. Dziś wyjątkowo bombardują
nas owady. Dwa razy muszę się zatrzymać, by wydobyć jakieś żywe ciało obce
z kasku (z czego jedno to motyl). Żeby nie było za wesoło, dostaję jeszcze
jakimś robalem w oko. Zbliżamy się do gór. Do Austrii wjeżdżamy bez sprawdzania
paszportów. Jest dosyć upalnie, więc około południa robimy sobie dłuższy postój
przy kamiennej wannie z bieżącą zimną wodą, w której moczymy nogi i głowy,
a niektórzy nawet piorą skarpetki :) Kawałek dalej robimy sobie zdjęcia na
moście, którym co prawda nie wiedzie nasza trasa, ale zawieszony na linach
znajduje się na olbrzymiej wysokości nad doliną (wąwozem?) z rzeką, wzdłuż
której jedziemy. Góry coraz bliżej. W Eisenkappel (555m n.p.m.) zaczyna się
główny podjazd na dzisiejszą przełęcz - Seebergsattel (1218m n.p.m.). W miasteczku
robimy przerwę i zaczepia nas Polka, która nie może uwierzyć, że chcemy wjechać
na przełęcz, która w sumie nie jest wyjątkowo wysoka. Dystans: 90.93km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
06.08.2004
Piątek
Start: 10:00
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Słońce schowało się zaraz na początku naszego podjazdu. Nawet spadło kilka
kropel deszczu. Przynajmniej nie będziemy zalewać się potem. Jedzie się całkiem
fajnie, bez znużenia i raczej stałym tempem. Po drodze krótki postój przy
olbrzymim Św. Krzysztofie namalowanym na skale oraz kilka postojów na zdjęcia
z serpentyn. Podjazd jest dosyć długi. Na jakieś 3km przed przełęczą zaczyna
padać, a kilkaset metrów przed zaczyna porządnie lać, a dookoła uderzają pioruny.
Na szczycie jest przejście graniczne. Celnicy nawet nie pamiętają Tomka :)
Czyli albo nie dojechał, albo przejechał dawno temu. Trochę czasu spędzamy
pod ich dachem sprawdzając paszporty. Później spędzamy jeszcze trochę więcej
czasu, bo Marcin wyciąga kurtkę. Zabiera mu to rekordowo dużo czasu, ale niestety
burza w tym czasie nie ustała :) Zjeżdżamy w ulewnym deszczu, dosyć dużo hamując,
aby nie wylecieć gdzieś z zakrętu. Cały czas towarzyszą nam błyskawice i grzmoty
- nie jest to przyjemne. W połowie zjazdu buty były już zupełnie mokre. W
pierwszej miejscowości po stronie słoweńskiej (Jezersko) spotykamy oczywiście
Tomka. Nocleg jest załatwiony (za pierwszym razem, a jakże), a Tomek już sobie
zjadł zupkę znudzony oczekiwaniem. Zdążył wjechać i zjechać zanim zaczął padać
deszcz. Spryciarz! Teraz cały czas pada, więc ociągamy się z zabraniem za
rozbijanie namiotów. Gospodarz przerywa nasze rozterki, oferując nocleg w
niedużej szopie na sianie (trochę problemów jest z dogadaniem, bo mówi tylko
po słoweńsku, ale jakoś się nam to udaje). Oczywiście nie odmawiamy i wkrótce
już czujemy się w szopie jak u siebie w domu. Nocleg na sianie - sama przyjemność.
Zawsze sucho, zawsze pewnie :)
Czas jazdy: 6:01:26
Prędkość średnia: 15.09km/h
Prędkość max: 57km/h