01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 8 Rano moje buty są niezupełnie wyschnięte. Inni mieli więcej szczęścia. Przynajmniej
robi się ładna pogoda. Dystans: 100.35km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
09.08.2004
Poniedziałek
Start: 9:40
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Praktycznie od początku dnia mamy zjazd aż do poziomu morza - do pięknego
miasta portowego, Triestu. Jesteśmy zachwyceni architekturą i atmosferą miasta.
Marcin koniecznie musi zjeść pizzę, więc spędzamy w Trieście dosyć dużo czasu.
Stacjonujemy na dużym placu, dookoła którego stoją duże, bogato zdobione rzeźbami
budynki, z których prawdopodobnie większość jest siedzibami kompanii żeglugowych
(na to wskazywałyby napisy). Miasto swoją włoskość okazuje nam przede wszystkim
setkami skuterków, które po wariacku jeżdżą ulicami dowolnie interpretując
przepisy.
Około południa opuszczamy Triest. Próbujemy znaleźć jakąś drogę blisko morza,
ale okazuje się, że możemy jechać tylko główną ulicą.
Kilkanaście km za Triestem zjeżdżamy nad morze (szosa poprowadzona jest jakieś
100m od morza, z czego na pierwszy rzut oka 50m jest w pionie :)), wskakujemy
w kąpielówki i zanurzamy się w Morzu Śródziemnym. Woda cieplejsza niż się
spodziewałem. Paweł narzeka, że słona i że dno kamieniste - w przeciwieństwie
do mnie, nie przypadł mu Adriatyk do gustu.
Słońce przygrzewa coraz mocniej, więc korzystamy z kilku pretekstów do odpoczynku
(między innymi bar-stragan z owocami - kierowcy zatrzymywali się tam na przykład
aby zjeść ćwiartkę arbuza przy stoliku). Zatrzymujemy się również przy supermarkecie
Coop i nasze pierwsze spostrzeżenie to dziwny wybór pieczywa, które w dodatku
jest dosyć drogie (zwykle co najmniej 3Euro za kg - tak, pieczywo jest ważone
i cena zależy od wagi). Poza tym w markecie prawie nikt o tej porze nie kupuje
("ta ichnia durna siesta", jak to zgrabnie ujęła pewna fajna koleżanka).
Do końca dnia mamy raczej płaską drogę bez żadnych atrakcji. Natężenie ruchu
jest raczej duże, ale chyba nie mamy innego wyboru. Kierowcy cały czas przyjaźnie
trąbią i machają z samochodów. Kierujemy się na Wenecję. Włosi nie mają chyba
zamiłowania do matematyki. Pierwszy napotkany drogowskaz na Wenecję mówił,
że mamy przed sobą 120km. Kilometr później było już 130km. Po trzech kilometrach
kolejny drogowskaz radośnie prezentował nam liczbę "140". Na jednym
z przedwieczornych postojów mija nas wielka zgraja sakwiarzy, wielu z nich
na tandemach.
Wieczorem bez problemu znajdujemy nocleg za miejscowością Latisana, 20km od
kurortu Bibione. Rozbijamy namiot przy kilkurodzinnym domu. Naszym tłumaczem
jest kilkunastoletnia dziewczynka. Ledwie sobie radzi z angielskim, ale potrafimy
się dogadać. Jest bardzo zdziwiona, że za naszą wyprawę rowerową nie dostaniemy
żadnej nagrody :) Mama tłumaczki pracuje w supermarkecie w Bibione i co chwilę
zrzuca nam z okna jakieś marketowe specjały, które są rozdawane pracownikom.
Między innymi pieczywo, ser i jakieś słodycze. Mamy twardy orzech do zgryzienia,
bo dostajemy 3 batoniki, a jest nas czwórka. Paweł opracowuje jakieś dziwne
metody losowania, które całkiem uczciwie podzieliły łupy.
Robimy sobie zimną kąpiel pod kranikiem, który jest w głębi ogrodu. Trochę
to pomaga odgonić komary, których są olbrzymie ilości.
Paweł triumfalnie wyciąga mały przewodnik po Włoszech, z którego czyta nam
wiele ciekawych rzeczy o Wenecji. Jutro wszystko to zobaczymy na własne oczy.
Czas jazdy: 4:57:53
Prędkość średnia: 20.21km/h
Prędkość max: 52km/h