01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 10 Dzisiaj późno ruszamy w drogę, bo musimy maksymalnie wykorzystać opłacone
pole namiotowe :) Aby nie zwlekać z wyjazdem jeszcze dłużej, całe rowery obwieszamy
praniem (słońce nie za bardzo kwapi się, by coś poświecić i nam to wysuszyć).
10 skarpetek, 2 pary bokserek, 2 koszulki i krótkie spodenki - wszystko to
rozwieszone jest na sakwach, pod siodełkiem, na linkach. Paweł nawet wywiesił
sobie jakieś majtki na kierownicy, niczym sztandar :) Dystans: 105.83km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
11.08.2004
Środa
Start: 10:50
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Przed południem zatrzymujemy się na zakupy w Intersparze, a niedługo później
Marcin łapie gumę. Niefortunnie musimy zatrzymać się na środku wielgachnego
ronda. Dosyć niewygodnie. Ale przynajmniej w czasie, gdy Marcin zmienia dętkę,
możemy sobie rozwiesić pranie na rozgrzanych barierkach obok drogi. Ciekawe
jak kierowcy się na to zapatrują? :)
Wkrótce możemy jechać dalej. Pedałujemy drogą, która podpada pod główną. Ale
nie mamy rozsądnej alternatywy. Za to jest płasko i średnia jest dosyć wysoka.
Niedługo później słońce przygrzewa już naprawdę porządnie i pranie jest całkiem
suche. Mamy okazję, by je pochować, ponieważ Tomek uprzejmie przebija sobie
dętkę. Wymiana dosyć szybka. Około 14:30 znów jesteśmy w drodze. Tomek zostaje
na jakiejś stacji benzynowej, by umyć ręce po zmianie dętki i krzyczy, że
nas dogoni. Dogonienie mu nie wychodzi, więc przy pierwszym skrzyżowaniu stanowiącym
wyzwanie czekamy na niego. Zjeżdżamy w cień na bok i czekamy aż pojawi się
spóźniony delikwent. Niestety, zauważamy go za późno i rozpędzony Tomek wjeżdża
na obwodnicę, na którą mieliśmy nie wjeżdżać (o czym poinformował nas znak
"Zakaz wjazdu rowerem"). Wołanie nie pomaga, bo dzielą nas dźwiękoszczelne
szyby. Próba gonienia nie ma sensu (Tomek zawsze jedzie najszybciej), więc
poprawnie zasuwamy przez centrum Vicenzy, by się gdzieś za miastem spotkać.
Ale żeby nie było za wesoło, startując na stojąco z jednego ze skrzyżowań,
Marcin zrywa łańcuch. Ogniwo jest pęknięte - cóż za pokłady siły skrywają
w sobie tacy niepozorni wyprawowicze. Wymiana trwa na tyle długo, że siedząc
na murku pod jakąś firmą, zjadamy porządny posiłek (Paweł całego grejpfruta,
a to zawsze zajmuje mu duuużo czasu).
Na termometrach przy stacjach benzynowych notujemy temperaturę 30-31°C. Do
wieczora jedziemy bez Tomka. Mamy kilka postojów, między innymi przy sklepie
rowerowym (mania Marcina).
Nie wiemy, czy Tomek jest przed, czy za nami. Kontakt smsowy rozwiewa wątpliwości
- wyprzedził nas o 20km i jest już w Veronie. Spać więc będziemy osobno, bo
ani my go nie dogonimy, ani on się nie wróci. Załatwiamy sobie nocleg na półdziko
w San Bonifacio - na placu zabaw za aprobatą okolicznych mieszkańców. Rowery
chowamy w czyimś garażu. Wieczór i noc ciepła - nawet pomimo kropiącego w
nocy deszczu nie wchodzę do śpiwora. Marcin spał na zewnątrz, ale deszcz nad
ranem zmusza go do ewakuacji z zewnętrza namiotu do jego wnętrza.
Czas jazdy: 4:57:38
Prędkość średnia: 21.33km/h
Prędkość max: 36km/h