01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 14 Rano nie śpieszymy się z niczym, gdyż postanowiliśmy iść na mszę świętą w
lokalnym kościele na 10:30. W nocy podobno ktoś się tłukł na dróżce idącej
między placem zabaw, na którym spaliśmy a rzeką. Trochę napędził stracha pozostałym,
ale ja spałem twardo :) Faktycznie, znajdujemy w okolicy jakąś rozbitą butelkę
po piwie Heineken, więc chyba im się nie przyśniło. Dystans: 41.19km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
15.08.2004
Niedziela
Start: 11:30 (?)
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Msza po włosku jest średnio zrozumiała. Niektóre rzeczy kojarzą się z łaciną,
inne poznajemy po tonie, gestach, melodii. Włosi w kościele niesamowicie się
wiercą. Co chwilę ktoś przechodzi z miejsca na miejsce, ktoś sobie przysiada
w konfesjonale. Niektórzy na kazanie idą sobie usiąść w pierwszej ławce, inni
w połowie mszy witają się.
Od rana mamy podjazd w kierunku wysokiej przełęczy Passo Rolle. Startujemy
z wysokości 765mnpm. Jedzie się całkiem miło. Może dlatego, że od samego dołu
towarzyszą nam zmieniające się, rozmaite piękne widoki na majestatyczne Dolomity.
Może dlatego, że mijane samochody jak zwykle wiozą ekipy, które nam machają,
podnoszą kciuki i trąbią. Pozdrawiamy się oczywiście również z kolarzami,
których ponownie jest dosyć dużo, ale żadnych rasowych sakwiarzy. Po drodze
przejeżdżamy przez miasteczko San Martino di Castrozza - lokalne Zakopane.
Jest tu kilka, a może nawet więcej, kolejek linowych, wywożących ludzi gdzieś
wysoko w góry. Z San Martino na przełęcz jedzie dosyć dużo samochodów i równie
wielu szalonych motocyklistów, potrafiących od zakrętu do zakrętu rozwinąć
niesamowite prędkości. Oczywiście ich ulubione hobby jest takie samo, jak
Marcina - "kładzenie się" na zakrętach :)
Z Passo Rolle (1984mnpm) mamy fajne widoki na góry (pogoda dopisuje - trochę
chmur i niebieskie niebo) i na pizzę. Na przełęczy jest dosyć dużo ludzi,
kilka hoteli i restauracji. W sklepach można kupić wiele ciekawych rzeczy,
na przykład buty Alpinusa. Z przełęczy zjazd jest bardzo fajny - niedużo samochodów.
Dosyć chłodno, zresztą na górze też ciepło nie było. Rozwijam prędkość maksymalną
61km/h. Dojeżdżamy z Marcinem do skrzyżowania z drogą na Passo Di Valles i
znowu musimy pedałować pod górę. Pawła i Tomka nie ma - wybrali zjazd jakąś
węższą drogą i mają wjechać na naszą trasę kilka km dalej (i kilkaset metrów
wyżej). Podjazd jest bardzo ostry i daje w kość. Tutaj z podjazdu raczej nie
mamy widoków, wszystko przesłania las. Zastanawiam się, czy przy takim nachyleniu
zdążymy wjechać na przełęcz przed wieczorem (jest już późno po południu -
17-18). Po drodze mijamy gospodarstwo agroturystyczne, w którego okolicy kilka
koni wyszło sobie na asfalt i wcale się nie przejmują samochodami, które nie
mogą przejechać. Nikt nie ośmiela się trąbić i po kilku minutach konie łaskawie
schodzą na pobocze. Mniej więcej od tego gospodarstwa nie ma już lasu i można
pooglądać góry. Wkrótce osiągam przełęcz, na której czeka Marcin. Widoki zapierają
dech w piersiach. Słońce zachodzi, więc góry oświetlone są niesamowitymi kolorami.
Z tej wysokości (2033mnpm), mamy bajeczny widok na kilka kolejnych pasm górskich
przykrytych przetykanymi ciemnym błękitem cumulusami. Po prostu trzeba to
zobaczyć. Trochę siedzimy z Marcinem w oczekiwaniu na panów Parysów, którzy
przyjeżdżają mniej więcej godzinę po nas. Okazuje się, że wjechali na jakieś
2200mnpm i mieli jeszcze fajniejsze widoki, niż z Passo Rolle. Musieli to
okupić zjazdem szutrową drogą, na której momentami wyprzedzali ich piesi (udają,
że się cieszą, że przynajmniej mieli taki długi zjazd... a my się z nich śmiejemy,
bo nie mogli się kłaść na zakrętach ;)).
Ściemnia się, więc trzeba zasuwać w dół, by znaleźć nocleg. Jedyny, maciupeńki
problem to to, że na trasie przed następną przełęczą nie ma żadnej miejscowości,
a dziś na pewno nie zrobimy tylu kilometrów. Zasuwamy z góry (świetny zjazd),
by zatrzymać się przy jakimś hotelu. Niestety nie można w okolicy rozbić namiotów.
Więc po dalszym kawałku bardzo fajnego i szybkiego zjazdu (64km/h) zatrzymujemy
się przy kawałku pochyłej łączki za drzewami. Marcin strasznie narzeka, że
musimy koniecznie dziś dokończyć zjazd, ale decydujemy w końcu by się rozbić
w tym miejscu. Zjeżdżamy pochyłą łąką za drzewa. Paweł po drodze prawie się
zabija o jakąś gałąź. Rozbijamy namioty. Nie jest to łatwe, bo jest pochyło,
a wszędzie jest gruba warstwa miękkiego mchu. Później utrudnia nam to również
ustawienie kuchenki. Paweł z poświęceniem wyrywa dużo tego durnego mchu, żeby
można było postawić kuchenkę (wszak dzień bez zupek z tytki to dzień stracony).
Przeszukując sakwę, Paweł stwierdza, że przybory do mycia są już na samym
dnie :)
Przebyliśmy dziś rekordowo niski dystans z rekordowo niską średnią, ale też
prawie przez cały dzień podjeżdżaliśmy i pokonaliśmy około 1700m wzniesienia.
Zasypiamy w niezbyt płasko ustawionych namiotach przy graniu świerszczy i
szumie strumienia. Jest chłodno, ale śpi się fajnie.
Czas jazdy: 4:09:58
Prędkość średnia: 9.88km/h
Prędkość max: 64km/h