01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 7 Rano podczas śniadania z gospodynią mamy możliwość skorzystania z komputera
- wysyłamy raport z pola walki oraz maila do Śrubki. Później ruszamy na mszę
świętą po słoweńsku. Ruszamy pieszo, ale dogania nas gospodyni samochodem
i zostajemy podwiezieni. VW Golfa przed kościołem zostawia bez zamykania drzwi.
Zastanawiamy się, czy to tu powszechne. Mszę po słoweńsku rozumiemy średnio
na jeża, bardziej orientując się po kolejności mszalnych rytuałów, niż ze
słów wypowiadanych przez kapłana. Gospodyni przyznała, że ona również nie
rozumie ani słowa z naszych polskich rozmów. Po powrocie z kościoła robimy
z gospodynią pożegnalne zdjęcia. Przed samym wyjazdem dostajemy kawał świeżutkiego
ciasta z jabłkami od starszej pani mieszkającej na parterze domu naszej gospodyni. Dystans: 91.58km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
08.08.2004
Niedziela
Start: 11:20
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Pogoda od rana jest raczej pochmurna. Po przejechaniu sporego kawałka trafiamy
na niespodziewanie długi i dosyć męczący podjazd. Mamy mapę Słowenii w dużej
skali, więc trafiają nam się takie "przemiłe" niespodzianki. Kilka
razy zanosi się na to, że czeka nas zjazd, ale po krótkiej jeździe z górki,
mamy jeszcze dłuższy podjazd. W końcu, po kawałku trasy prowadzącym szczytami,
zaczyna się wreszcie długi i fajny zjazd szutrem. Dzięki temu, że droga nie
jest asfaltowa, możemy się w pełni nacieszyć zjazdem, który trwa długo. Prowadzi
głównie przez lasy bukowe upstrzone wielkimi wapiennymi głazami - ciekawie
to wygląda. Po wyjechaniu z lasu mamy całkiem fajne widoki na góry i okoliczne
pagórki. Wkrótce wreszcie wychodzi słońce i dla odmiany robi się gorąco. Zaczynają
się rozlegać odgłosy śródziemnomorskich cykad.
Kierujemy się na Triest. Późnym popołudniem wyjeżdżamy na główną drogę, a
niebo zachodzi złowieszczymi chmurami, które w kilka chwil przekształcają
się w paskudną burzę. No cóż... Słowenia nie daje nam ani jednego dnia spokoju.
Buty w moment robią się mokre. Pioruny tłuką jak przez poprzednie dwa dni.
Ale wkrótce burza ustaje, a gdy przekraczamy granicę słoweńsko-włoską, zostaje
tylko drobny deszczyk.
Nocleg znajduje Tomek, oczywiście za pierwszym razem w pierwszej włoskiej
miejscowości za granicą - Bassovizzy. Rozbijamy namioty i pożywiamy się melonem,
którego dał nam gospodarz, po czym idziemy spać.
Czas jazdy: 5:36:47
Prędkość średnia: 16.31km/h
Prędkość max: 47km/h