01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Dzień 17
18.08.2004
Środa
Start: 9:20

FOTOGALERIA (otwiera się w osobnym oknie)

Od rana znów jedziemy drogą rowerową. Tym razem nie jest ona już tak wygodnie asfaltowa - jest to zwyczajny szuter. W pierwszej większej miejscowości robimy zakupy. Marcin się źle czuje - ma problemy z żołądkiem, a co za tym idzie, jest osłabiony. Trasa jest dzisiaj raczej łatwa (cały czas prowadzi wzdłuż rzeki), ale z powodu choroby zawodnika musimy robić dłuższe przerwy. Podczas jednej takiej przerwy testujemy przejrzystość wody w rzece - na pierwszy rzut oka, wygląda na zupełnie kremowo-mętną, ale po nalaniu do butelki jest nawet przeźroczysta. W czasie tej samej przerwy Paweł klei swój kask Author (taki sam model jak mój, tylko kolor inny) - plastikowa skorupa odpadła mu od styropianowej całości. Oczywiście po sklejeniu kask zyskuje nowatorskie walory estetyczne (zielona taśma klejąca), a jego trwałość znacznie przewyższa trwałość droższych kasków Met (to takie nasze małe potyczki słowne z Marcinem, który jest zwolennikiem bardziej markowych produktów niż Author).
Wkrótce robimy jeszcze jeden postój nad rzeką, w czasie którego Marcin drzemie (reszta również próbuje, lecz nie każdemu się udaje) i jeszcze jeden, najdłuższy postój w cieniu małego kościółka w szczerym polu. Spać mi się za bardzo nie chce, więc piszę list. Po kilku godzinach leżenia Marcin jest w stanie dalej pedałować. Wieczorem jedziemy już normalnymi drogami, kierując się na przełęcz Katschberg Pass. Droga jest dosyć problematyczna, bo prowadzi raz stromo pod górę, raz stromo w dół, więc Marcin ma problemy. Szukamy noclegu, co niezbyt nam wychodzi, bo mijane wioski mają po kilka domów i nigdzie nas nie chcą przyjąć. W jednym domu zastajemy tylko faceta, który na 5 minut zostawia uruchomiony i otwarty samochód przed domem, a w tym czasie szuka gospodarzy w pootwieranym domu. Gospodarzy najwyraźniej nie ma, więc jedziemy dalej i w końcu lądujemy na dużym trawiastym parkingu w Trebesing - poleciły nam go dwie osoby i nie wygląda na to, by ktoś miał mieć coś przeciwko naszemu rozbiciu namiotów tutaj. Gotujemy sobie dziś prawdziwy makaron, choć zjadamy go mniej niż było w torebce. Gdy ja z Pawłem ustawialiśmy kuchenkę, Marcin rzucił nam zapalniczkę. To samo chciał zrobić Tomek, jednak rzucona przez niego torebka makaronu nie przeżyła zderzenia z ziemią, dzięki czemu w najbliższym czasie okoliczne robaki będą miały porządną ucztę, a my mniej makaronu.
Po posiłku wskakujemy do namiotów i śpimy z nadzieją, że Marcinowi jutro się polepszy.

Dystans: 72.30km
Czas jazdy: 4:15:46
Prędkość średnia: 16.96km/h
Prędkość max: 52km/h

poprzedni dzień / następny dzień