01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Dzień 20
21.08.2004
Sobota
Start: 8:55

FOTOGALERIA (otwiera się w osobnym oknie)

Rankiem nasz "gospodarz" zaprasza nas na śniadanie do salki konferencyjnej gdzieś na wyższych piętrach elektrowni. Robimy sobie jeszcze pożegnalne zdjęcia na balkonie i ruszamy w drogę. Początkowo wyglądało na to, że nie będzie zbytnio padać, ale już po chwili mamy porządną ulewę. Po przejechaniu ok. 10km zjeżdżamy z głównej drogi na mniejszą, biegnącą wzdłuż rzeki Salza. Na ostrym zakręcie zaraz po szybkim zjeździe przednie koło ześlizguje mi się po studzience kanalizacyjnej, ale na szczęście utrzymuje się na asfalcie, nie muszę więc witać się z nawierzchnią drogi. Mniej uczęszczana szosa, którą jedziemy, po prawej stronie ma kanion rzeki Salza. Woda jest niesamowicie czysta mimo padającego deszczu i dno ma bardzo wyraziste kolory. Pięknie to z góry wygląda. Cały czas towarzyszy nam ulewny deszcz, który nie zamierza ustać. Nie licząc pojedynczych domków, na 60-kilometrowej trasie do Mariazell mamy właściwie tylko 3 miejscowości. Dziwne to trochę, bo są nawet duże obszary w miarę płaskiego terenu, gdzie mogłyby te miejscowości powstać. Jest trochę tuneli, które mają objazdy dla rowerzystów. Oprócz rzeki, cały czas towarzyszą nam drzwi w skale. Z górskich źródeł wzdłuż rzeki Salza czerpana jest woda, która okrężną drogą płynie aż do Wiednia. Jest raczej chłodno, na pewno poniżej 15°C. Buty zupełnie przemoknięte. Przynajmniej pod kurtką sucho, to da się jakoś wytrzymać. Po drodze mijamy bardzo dużo punktów, z których startują raftingowcy, mija nas też pełno furgonetek z kajakami i pontonami - nie tylko Austriacy, ale również Węgrzy, Niemcy, a nawet Holendrzy! Dłuższy postój robię sobie w wykutym w skale tunelu - aktualnie jest to tylko objazd dla rowerzystów, a samochody jadą dużo dłuższym tunelem. Kiedyś chyba był to główny tunel dla samochodów. Najważniejsze, że deszcz w nim nie pada. Około 18 dojeżdżamy do Mariazell - słynnego austriackiego Sanktuarium Maryjnego. Jako, że jest sobotni wieczór, bierzemy udział w mszy świętej, gdyż jutro może nie być ku temu okazji. Sanktuarium jest potężne, piękne i dosyć dziwnie zbudowane. W środku kościoła jest ołtarz, przy którym odprawiana jest msza, w której bierzemy udział. Natomiast z tyłu kościoła, tam gdzie normalnie stoi ołtarz, znajduje się... ołtarz. Dwa ołtarze? Nie do końca rozumiemy o co chodzi :) Dookoła sanktuarium i w okolicznych uliczkach, jak zresztą w całym Mariazell, wszystko stworzone jest pod pielgrzymów - restauracje, hotele, stragany z pamiątkami, specjalistyczne sklepy z pamiątkami (szczególne wrażenie zrobił na nas sklep z wyrobami pszczelimi - półtorametrowa gromnica kosztuje zaledwie 369Euro).
Jest zimno i pochmurno, ale przynajmniej deszcz ustał. W dalszą drogę ruszamy boczną drogą wzdłuż płytkiego potoku. Pomimo okropnej pogody jedzie się bardzo przyjemnie. Prawie nie ma tu samochodów. Mijamy pojedyncze domy i chatki zbudowane w górskim stylu oraz nieduże jeziorko Hubertussee. Tomek jak zwykle jedzie przed nami i w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że pewnie źle pojechał, bo skrzyżowanie było dosyć mylące (droga, którą mieliśmy pojechać wyglądała jak dojazd do gospodarstwa). Krok po kroku, obrót za obrotem korby, wtoczyliśmy się na najwyższy punkt trasy. Zniknął potok, w górę którego jechaliśmy, a pojawił się nowy strumyk, wzdłuż którego zjechaliśmy do głównej drogi. Robi się ciemno, wkrótce dojeżdżamy do St.Aegyd i tutaj zamierzamy szukać noclegu. Tomka oczywiście nie ma. Wszyscy odsyłają nas tutaj do polskiego proboszcza, którego nie ma. A my staramy się o noc pod dachem, bo chcemy choć trochę podsuszyć buty. Po długim poszukiwaniu noclegu, zostajemy zaproszeni przez dwójkę starszych ludzi do domu. Siedząc w czymś a'la elegancka, przeszklona weranda, jesteśmy częstowani przepysznym ciastem, kanapkami i kawą, podczas gdy pani domu przez telefon kombinuje nam miejsce noclegowe. Po kilku telefonach coś jej się udaje załatwić. Proboszcz ma urlop, ale noclegu udzielą nam jakieś siostry zakonne. Tomka oczywiście dalej nie ma, ale mamy z nim jakiś kontakt smsowy. Gościnna pani odprowadza nas samochodem do Caritashaus, gdzie spotykamy przesympatyczną siostrę, która otwiera nam drewniany domek w ogrodzie. Są tutaj jakieś materace, na których będzie się dużo lepiej spało niż na karimatach. Zanim się rozłożymy, musimy wyjąć z domku pełno krzeseł i innych gratów. W trójkę mieścimy się na podłodze "na styk", ciekawe co by było, gdyby się Tomek nie zgubił :)

Dystans: 117.85km
Czas jazdy: 7:13:35
Prędkość średnia: 16.30km/h
Prędkość max: 63km/h

poprzedni dzień / następny dzień