01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 20 Rankiem nasz "gospodarz" zaprasza nas na śniadanie do salki konferencyjnej
gdzieś na wyższych piętrach elektrowni. Robimy sobie jeszcze pożegnalne zdjęcia
na balkonie i ruszamy w drogę. Początkowo wyglądało na to, że nie będzie zbytnio
padać, ale już po chwili mamy porządną ulewę. Po przejechaniu ok. 10km zjeżdżamy
z głównej drogi na mniejszą, biegnącą wzdłuż rzeki Salza. Na ostrym zakręcie
zaraz po szybkim zjeździe przednie koło ześlizguje mi się po studzience kanalizacyjnej,
ale na szczęście utrzymuje się na asfalcie, nie muszę więc witać się z nawierzchnią
drogi. Mniej uczęszczana szosa, którą jedziemy, po prawej stronie ma kanion
rzeki Salza. Woda jest niesamowicie czysta mimo padającego deszczu i dno ma
bardzo wyraziste kolory. Pięknie to z góry wygląda. Cały czas towarzyszy nam
ulewny deszcz, który nie zamierza ustać. Nie licząc pojedynczych domków, na
60-kilometrowej trasie do Mariazell mamy właściwie tylko 3 miejscowości. Dziwne
to trochę, bo są nawet duże obszary w miarę płaskiego terenu, gdzie mogłyby
te miejscowości powstać. Jest trochę tuneli, które mają objazdy dla rowerzystów.
Oprócz rzeki, cały czas towarzyszą nam drzwi w skale. Z górskich źródeł wzdłuż
rzeki Salza czerpana jest woda, która okrężną drogą płynie aż do Wiednia.
Jest raczej chłodno, na pewno poniżej 15°C. Buty zupełnie przemoknięte. Przynajmniej
pod kurtką sucho, to da się jakoś wytrzymać. Po drodze mijamy bardzo dużo
punktów, z których startują raftingowcy, mija nas też pełno furgonetek z kajakami
i pontonami - nie tylko Austriacy, ale również Węgrzy, Niemcy, a nawet Holendrzy!
Dłuższy postój robię sobie w wykutym w skale tunelu - aktualnie jest to tylko
objazd dla rowerzystów, a samochody jadą dużo dłuższym tunelem. Kiedyś chyba
był to główny tunel dla samochodów. Najważniejsze, że deszcz w nim nie pada.
Około 18 dojeżdżamy do Mariazell - słynnego austriackiego Sanktuarium Maryjnego.
Jako, że jest sobotni wieczór, bierzemy udział w mszy świętej, gdyż jutro
może nie być ku temu okazji. Sanktuarium jest potężne, piękne i dosyć dziwnie
zbudowane. W środku kościoła jest ołtarz, przy którym odprawiana jest msza,
w której bierzemy udział. Natomiast z tyłu kościoła, tam gdzie normalnie stoi
ołtarz, znajduje się... ołtarz. Dwa ołtarze? Nie do końca rozumiemy o co chodzi
:) Dookoła sanktuarium i w okolicznych uliczkach, jak zresztą w całym Mariazell,
wszystko stworzone jest pod pielgrzymów - restauracje, hotele, stragany z
pamiątkami, specjalistyczne sklepy z pamiątkami (szczególne wrażenie zrobił
na nas sklep z wyrobami pszczelimi - półtorametrowa gromnica kosztuje zaledwie
369Euro). Dystans: 117.85km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
21.08.2004
Sobota
Start: 8:55
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Jest zimno i pochmurno, ale przynajmniej deszcz ustał. W dalszą drogę ruszamy
boczną drogą wzdłuż płytkiego potoku. Pomimo okropnej pogody jedzie się bardzo
przyjemnie. Prawie nie ma tu samochodów. Mijamy pojedyncze domy i chatki zbudowane
w górskim stylu oraz nieduże jeziorko Hubertussee. Tomek jak zwykle jedzie
przed nami i w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że pewnie źle pojechał,
bo skrzyżowanie było dosyć mylące (droga, którą mieliśmy pojechać wyglądała
jak dojazd do gospodarstwa). Krok po kroku, obrót za obrotem korby, wtoczyliśmy
się na najwyższy punkt trasy. Zniknął potok, w górę którego jechaliśmy, a
pojawił się nowy strumyk, wzdłuż którego zjechaliśmy do głównej drogi. Robi
się ciemno, wkrótce dojeżdżamy do St.Aegyd i tutaj zamierzamy szukać noclegu.
Tomka oczywiście nie ma. Wszyscy odsyłają nas tutaj do polskiego proboszcza,
którego nie ma. A my staramy się o noc pod dachem, bo chcemy choć trochę podsuszyć
buty. Po długim poszukiwaniu noclegu, zostajemy zaproszeni przez dwójkę starszych
ludzi do domu. Siedząc w czymś a'la elegancka, przeszklona weranda, jesteśmy
częstowani przepysznym ciastem, kanapkami i kawą, podczas gdy pani domu przez
telefon kombinuje nam miejsce noclegowe. Po kilku telefonach coś jej się udaje
załatwić. Proboszcz ma urlop, ale noclegu udzielą nam jakieś siostry zakonne.
Tomka oczywiście dalej nie ma, ale mamy z nim jakiś kontakt smsowy. Gościnna
pani odprowadza nas samochodem do Caritashaus, gdzie spotykamy przesympatyczną
siostrę, która otwiera nam drewniany domek w ogrodzie. Są tutaj jakieś materace,
na których będzie się dużo lepiej spało niż na karimatach. Zanim się rozłożymy,
musimy wyjąć z domku pełno krzeseł i innych gratów. W trójkę mieścimy się
na podłodze "na styk", ciekawe co by było, gdyby się Tomek nie zgubił
:)
Czas jazdy: 7:13:35
Prędkość średnia: 16.30km/h
Prędkość max: 63km/h