01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 1 Jak co roku - budzę się niewyspany. Około godziny 5:40 pod mój dom przyjeżdża
Marcin i wyruszamy do Tarnowskich Gór. Jest zimniej, niż się spodziewałem.
Na parkingu przed dworcem PKP spotykamy wyładowujących się z samochodu Pawła
i Tomka. Spotykamy również Martę, która wykazała się niesamowitym poświęceniem
i przyjechała machać nam chusteczką na pożegnanie :) Zgodnie z rozkładem,
o 6:12 odjeżdżamy pociągiem osobowym do Katowic. W miarę wygodnie jedziemy
sobie w "przedziale dla podróżnych z większym bagażem ręcznym".
Dokonujemy ostatecznych upiększeń naszych rumaków - tu i ówdzie zostają doklejone
naklejki "PL". Posiadanie nalepek z symbolem kraju gwarantuje duże
zainteresowanie zarówno wszelkich tubylców, jak i rodaków na obczyźnie. W
Katowicach oczekując na pociąg do Zwardonia, uzupełniamy zapasy pieczywa.
Czeka nas małe rozczarowanie - okazuje się, że cały skład jadący do Zwardonia
to wagony z przedziałami typowe dla pierwszej klasy. Oznacza to dla nas koczowanie
przy wejściach do wagonów, koło kibelków i manewrowanie rowerami przy każdym
zatrzymaniu na stacji. Na każdej kolejnej stacji przybywa rowerzystów, niemało
jest również podobnych nam sakwiarzy. Gdy praktycznie każde wejście do pociągu
jest zastawione rowerem, PKP lituje się i dla wygody naszej i pasażerów (a
może dla szpanu) podstawia nowoczesny, wygodny wagon dla rowerów. Co prawda
są jakieś problemy z otwieraniem i zamykaniem drzwi, które powinny działać
automatycznie, ale uprzejma pani konduktor jakoś sobie z tym radzi. Dystans: 49.95km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
02.08.2004
Poniedziałek
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Ze Zwardonia, jak w zeszłym roku, zjeżdżamy do Cadcy. Tutaj orientujemy się,
że zmienił się rozkład polskich pociągów, bo w zeszłym roku byliśmy na miejscu
wcześniej. Trochę musimy poczekać na pociąg. Stąd dojeżdżamy do Żiliny, a
dalej już "rychlikiem" (czyli pospiesznym) prosto do Bratysławy.
Musimy niestety zdjąć sakwy z rowerów (co ciekawe - tylko tylne) i oddać rowery
do wagonu bagażowego. Sami zajmujemy przedział dla inwalidów, który jest dla
nas wygodnym rozwiązaniem (co prawda jedna osoba musi siedzieć na podłodze,
ale co tam :)) W tym pociągu spotykamy inną grupkę polskich rowerzystów, jadących
do Chorwacji. Jak się okazało po wyprawie, również są związani z grupą dyskusyjną
pl.rec.rowery.
W Bratysławie wreszcie możemy na dobre wsiąść na rowery. Z dworca kolejowego
wyjeżdżamy jakimś tajnym tylnym wyjściem. Bez problemu, wiedzeni instynktem
Pawła, dojeżdżamy do pięknego bratysławskiego rynku, który polubiłem od pierwszego
wejrzenia kilka lat temu. Marcin jest tu pierwszy raz. Razem z Pawłem udają
się w rajd po starym mieście, a ja z Tomkiem rozsiadamy się na rynku i pałaszując
prowiant spoglądamy na mapę.
Wkrótce wyruszamy do granicy, którą przekraczamy bez problemu. Wspaniale znowu
być na trasie. Pogoda jest idealna. Słońce chyli się ku zachodowi. Zaraz za
granicą odchodzimy od trasy zeszłorocznej. Przez łagodne wzgórza otoczeni
winnicami i białymi wiatrakami, pedałujemy aż do wioski Prellenkirchen. Tym
razem kierujemy się nie w kierunku Wiednia, lecz bardziej na południe. Zachód
słońca pięknie rozświetla niebo i chmury. W Prellenkirchen od razu znajdujemy
nocleg na farmie. Jeden z gospodarzy mówi po polsku. Całkiem pokaźna grupka
osób, które zastaliśmy na farmie z zainteresowaniem przygląda się rozbijaniu
namiotów obok maszyn rolniczych. Po zapadnięciu zmroku rozcinam sobie nogę
o jedną z maszyn rolniczych - bliznę na pamiątkę mam do dziś.
Noc jest ciepła.
Czas jazdy: 2:33:57
Prędkość średnia: 19.47km/h
Prędkość max: 61 km/h