01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Dzień 1
02.08.2004
Poniedziałek

FOTOGALERIA (otwiera się w osobnym oknie)

Jak co roku - budzę się niewyspany. Około godziny 5:40 pod mój dom przyjeżdża Marcin i wyruszamy do Tarnowskich Gór. Jest zimniej, niż się spodziewałem. Na parkingu przed dworcem PKP spotykamy wyładowujących się z samochodu Pawła i Tomka. Spotykamy również Martę, która wykazała się niesamowitym poświęceniem i przyjechała machać nam chusteczką na pożegnanie :) Zgodnie z rozkładem, o 6:12 odjeżdżamy pociągiem osobowym do Katowic. W miarę wygodnie jedziemy sobie w "przedziale dla podróżnych z większym bagażem ręcznym". Dokonujemy ostatecznych upiększeń naszych rumaków - tu i ówdzie zostają doklejone naklejki "PL". Posiadanie nalepek z symbolem kraju gwarantuje duże zainteresowanie zarówno wszelkich tubylców, jak i rodaków na obczyźnie. W Katowicach oczekując na pociąg do Zwardonia, uzupełniamy zapasy pieczywa. Czeka nas małe rozczarowanie - okazuje się, że cały skład jadący do Zwardonia to wagony z przedziałami typowe dla pierwszej klasy. Oznacza to dla nas koczowanie przy wejściach do wagonów, koło kibelków i manewrowanie rowerami przy każdym zatrzymaniu na stacji. Na każdej kolejnej stacji przybywa rowerzystów, niemało jest również podobnych nam sakwiarzy. Gdy praktycznie każde wejście do pociągu jest zastawione rowerem, PKP lituje się i dla wygody naszej i pasażerów (a może dla szpanu) podstawia nowoczesny, wygodny wagon dla rowerów. Co prawda są jakieś problemy z otwieraniem i zamykaniem drzwi, które powinny działać automatycznie, ale uprzejma pani konduktor jakoś sobie z tym radzi.
Ze Zwardonia, jak w zeszłym roku, zjeżdżamy do Cadcy. Tutaj orientujemy się, że zmienił się rozkład polskich pociągów, bo w zeszłym roku byliśmy na miejscu wcześniej. Trochę musimy poczekać na pociąg. Stąd dojeżdżamy do Żiliny, a dalej już "rychlikiem" (czyli pospiesznym) prosto do Bratysławy. Musimy niestety zdjąć sakwy z rowerów (co ciekawe - tylko tylne) i oddać rowery do wagonu bagażowego. Sami zajmujemy przedział dla inwalidów, który jest dla nas wygodnym rozwiązaniem (co prawda jedna osoba musi siedzieć na podłodze, ale co tam :)) W tym pociągu spotykamy inną grupkę polskich rowerzystów, jadących do Chorwacji. Jak się okazało po wyprawie, również są związani z grupą dyskusyjną pl.rec.rowery.
W Bratysławie wreszcie możemy na dobre wsiąść na rowery. Z dworca kolejowego wyjeżdżamy jakimś tajnym tylnym wyjściem. Bez problemu, wiedzeni instynktem Pawła, dojeżdżamy do pięknego bratysławskiego rynku, który polubiłem od pierwszego wejrzenia kilka lat temu. Marcin jest tu pierwszy raz. Razem z Pawłem udają się w rajd po starym mieście, a ja z Tomkiem rozsiadamy się na rynku i pałaszując prowiant spoglądamy na mapę.
Wkrótce wyruszamy do granicy, którą przekraczamy bez problemu. Wspaniale znowu być na trasie. Pogoda jest idealna. Słońce chyli się ku zachodowi. Zaraz za granicą odchodzimy od trasy zeszłorocznej. Przez łagodne wzgórza otoczeni winnicami i białymi wiatrakami, pedałujemy aż do wioski Prellenkirchen. Tym razem kierujemy się nie w kierunku Wiednia, lecz bardziej na południe. Zachód słońca pięknie rozświetla niebo i chmury. W Prellenkirchen od razu znajdujemy nocleg na farmie. Jeden z gospodarzy mówi po polsku. Całkiem pokaźna grupka osób, które zastaliśmy na farmie z zainteresowaniem przygląda się rozbijaniu namiotów obok maszyn rolniczych. Po zapadnięciu zmroku rozcinam sobie nogę o jedną z maszyn rolniczych - bliznę na pamiątkę mam do dziś.
Noc jest ciepła.

Dystans: 49.95km
Czas jazdy: 2:33:57
Prędkość średnia: 19.47km/h
Prędkość max: 61 km/h

następny dzień