01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Dzień 19
20.08.2004
Piątek
Start: 9:25

FOTOGALERIA (otwiera się w osobnym oknie)

Rano jemy śniadanie i robimy pożegnalne zdjęcie z gospodarzami. Jak to się zwykle zdarza - ilość kawałków ciasta nie jest wielokrotnością ilości uczestników wyprawy i musimy się uciekać do drastycznych kroków (losowanie).
Gdy wyjeżdżamy pogoda jest piękna i słońce przyświeca (momentami trochę za mocno), ale w miarę zdobywania wysokości przed przełęczą Sölkpass robi się coraz bardziej pochmurno. Większość podjazdu prowadzi przez las przeplatany ogrodzonymi drutem pastwiskami. Ostatnie 2km przejeżdżamy w siąpiącym drobnym deszczu i chłodnym i przenikliwym wietrze. Kilkaset metrów przed szczytem robi się zupełnie zimno, pojawia się też gęsta mgła. Momentami ciężko utrzymać rower w równowadze, trudno również pedałować w takiej pogodzie, na tak stromym podjeździe. Na przełęczy ani myślimy robić zdjęcia (choć Tomek, który przyjechał trochę wcześniej, pokusił się o to). Chociaż zjazd ma nachylenie 12%, początkowo ciężko rozpędzić się do 25km/h (wicher niesamowity). Po przejechaniu części zjazdu, zatrzymuję się pod pionową skałą stanowiącą osłonę od silnego wiatru, by ubrać długie spodnie (zimno jest niesamowicie, a wcześniej nie było możliwości porządnie się ubrać :)) Zjazd jest stromy i kręty (gdyby nie było mgły to w jego górnych partiach zapewne mielibyśmy piękne widoki), ale nie możemy sobie pozwolić na zawrotne prędkości. Przy takich warunkach musimy się skupić na hamowaniu. Powtórka z Hochtoru sprzed dwóch lat (no, oczywiście nie w takim stopniu jak wtedy - to jest stanowczo niższa przełęcz i nie jest aż tak zimno, może nawet więcej niż 10°C było na przełęczy :))
Po przejechaniu głównej części zjazdu zatrzymujemy się z Marcinem przy drewnianym domu, gdzie wcześniej dojechali już bracia Parysowie. Jest to zarówno chyba dom mieszkalny jak i przytulna karczma, gdzie można coś zjeść i wypić (z możliwości tej korzystali motocykliści, którzy chyba również zmarzli).
Po ogrzaniu się ruszamy w dalszą drogę, teraz nie ma mżawki, jest porządny, regularny deszcz. Nie lubimy tego, ale co zrobić... Praktycznie do końca dnia jedziemy wzdłuż rzeki Enns drogą rowerową Ennsradweg. Jedzie się raczej szybko. Deszcz raz pada, raz nie.
Kilka kilometrów za Admont zaczyna padać, a my zaczynamy myśleć o noclegu. Miejscowości wzdłuż rzeki są malutkie i rzadko rozłożone (jedziemy właściwie kanionem otoczonym pionowymi skałami, nie ma tu żadnej rozległej doliny). W jakimś domu po drodze kobieta zgadza nam się na nocleg. Przez chwilę rozmawiamy, a ona nagle zaczyna się zastanawiać, gdzie będziemy załatwiać potrzeby fizjologiczne. Dookoła pełno lasu, więc sprawa jest jasna, ale kobieta stwierdza, że nie spodoba się to klientom jej motelu, więc odpada. No cóż, musimy jechać dalej. Jakieś 5km dalej jest camping, mijamy go z gracją, bo kto to widział wydawać pieniądze na takie bzdury jak miejsce na namiot :) Po kolejnych kilku kilometrach dojeżdżamy do miejscowości Gstatterboden. Jest już zupełnie ciemno. Pytamy o nocleg we wszystkich domach w miejscowości, gdzie udało się kogoś zastać (czyli chyba trzech) i nigdzie nas nie przyjmują. Cykloturyści, omijajcie tą przeklętą wiochę!
Ciemno, deszcz znów pada, a my musimy jechać dalej. Moja przednia lampka wyczerpała się zupełnie, Pawła lampki świecą jak chcą, więc możemy liczyć tylko na oświetlenie Tomka i Marcina. Zasuwamy jak tylko szybko możemy, żeby jak najszybciej znaleźć jakieś miejsce. Na trasie mamy kilka tuneli, które są omijane wąskimi, usianymi kamieniami dróżkami dla rowerzystów. W końcu dojeżdżamy do miejscowości Hieflau (10km dalej). Zjeżdżamy do jakiegoś osiedla domków, ale wszędzie pozamykane szczelnie i pogaszone - jakieś dziwne, jakby opuszczone (jeszcze chyba nie ma 22, więc raczej nie śpią). Wracamy na drogę i jedziemy do innej części miejscowości. Pukamy do pierwszego lepszego domu nad przepaścią, jesteśmy trochę zrezygnowani i choć pada deszcz, zadowoli nas nawet miejsce na namiot (choć wolelibyśmy porządny suchy garaż albo stodołę). Ludzie, którzy otwarli drzwi długo się zastanawiają, w końcu facet się ubiera, bierze pęk kluczy i prowadzi nas do lokalnej elektrowni wodnej. Jak gdyby nigdy nic otwiera bramę, potem elektrownię i wpuszcza nas do środka. Rowery zostawiamy w głównym pomieszczeniu z buczącymi basowo turbinami, a schodzimy na niższe piętro, gdzie możemy spać i wykąpać się w ciepłej łaźni. Zostajemy przedstawieni jedynemu pracownikowi, który pilnuje, żeby elektrownia działała.
Po wykąpaniu, idziemy spać w towarzystwie cichego dudnienia elektrowni.

Dystans: 132.77km
Czas jazdy: 7:44:30
Prędkość średnia: 17.15km/h
Prędkość max: 60km/h

poprzedni dzień / następny dzień