01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Dzień 4
05.08.2004
Czwartek
Start: 9:50

FOTOGALERIA (otwiera się w osobnym oknie)

Od rana świeci słońce. Zaraz po wyruszeniu w drogę okazuje się, że pręt usztywniający tylny błotnik zachodzi na oponę. Paweł i Tomek uciekli, a ja z Marcinem próbujemy coś pokombinować kluczami. Wychodzi jednak na to, że jedynym skutecznym rozwiązaniem jest wykrzywienie pręta na siłę.
Od samego początku mamy superszybki zjazd w kierunku Graz (dlatego też bracia Parysowie oddalili się o dobre kilka kilometrów). Stromość niektórych zjazdów jest zaskakująca - na najdłuższej prostej osiągam 62 km/h. Wkrótce dojeżdżamy do centrum Graz. Okazuje się, że to naprawdę piękne miasto. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest ładniejsze od Salzburga i Innsbrucka, które odwiedziliśmy rok wcześniej. Robimy sobie przerwę w centrum i zwiedzamy pieszo. Oczywiście szczególnie skusiły nas przyklejone do stromej skały schody, które minęliśmy wcześniej na rowerach. W samym centrum Grazu jest wielka, stroma góra, na której stoi wieża zegarowa oraz utrzymywane są ładne ogrody. Po zboczu skały prowadzą schody, którymi można wejść na górę. Jak się później dowiedzieliśmy od Tomka, można też wjechać tam darmową windą. Pod całą górą jest tunel dla pieszych pozwalający bezproblemowo przejść na drugą stronę. Ze schodów oraz z tarasów widokowych dookoła wieży zegarowej rozciągają się piękne widoki na panoramę całego Grazu. Prawie wszystkie dachy pokryte są pomarańczowo-czerwoną dachówką. W oczy rzuca się tutejszy dom kultury, przywodzący na myśl granatowy, olbrzymi, bezkształtny balon.
Gdzieś na drodze rowerowej mającej nas wyprowadzić z miasta Paweł przebija sobie dętkę ostrym kawałkiem blachy. Gdy on bierze się za wymianę dętki, ja z Marcinem podjeżdżam na pobliski cmentarz o olbrzymiej powierzchni. Prawie wszystkie nagrobki pokryte są rzeźbami, co jeden to bogatszy. Leżą tu pewnie sami znani ludzie. Tylko nie wiem przez kogo znani, bo my nikogo jakoś nie rozpoznaliśmy. Na cmentarzu jest też olbrzymi kościół przykryty kopułą. Przed kościołem jest fontanna. W Polsce raczej rzecz niespotykana.
Po załatwieniu przez Pawła spraw kołowych, wyjeżdżamy z miasta. Przejeżdżamy tuż obok lotniska.
Wieczorem podjeżdżamy na przełęcz graniczną - mamy zamiar przejechać do Słowenii, aby ominąć wyższą przełęcz doliną rzeki Dravy. Podjazd byłby znośny, gdybym nie miał problemów z kolanem. Zaczynam się obawiać, czy nie będzie mi w późniejszych etapach dokuczało bardziej. Kilka razy mam wrażenie, że podjazd powinien się skończyć, ale zanim dojeżdżam w końcu na przełęcz, kilkukrotnie się rozczarowuję. Tuż przed przejściem granicznym czekają Marcin i Paweł. Zachodzi słońce. Bezproblemowo przedostajemy się do Słowenii. Czeka nas świetny zjazd. No, może nie tak świetny, jak mógłby być w przeciwną stronę, gdyż u Słoweńców droga jest oczywiście dziurawa. Ubieramy się w kurtki, by po kilkunastu minutach fajnego zjazdu spotkać Tomka przy pierwszym domu. Czeka nas noc na półdziko na pobliskiej polanie wskazanej przez Niemkę pochodzenia polskiego, przebywającą w Słowenii na wakacjach u rodziny. Rozmawiamy z nią głównie po polsku, ale momentami ma problemy z podstawowymi słowami. Straszy nas lisami i niedźwiedziami, które podobno ostatnio chodzą sobie po okolicy. Kilkanaście metrów od naszych namiotów jest jakaś ziejąca czernią dziura w zboczu. Wygląda na jakiś stary szyb.
Niedźwiedzie chyba nie mają ochoty na chińskie zupki - żaden się nie zjawia, gdy z pomocą kuchenki przygotowujemy nasze cudowne dania. Za siedziska służą nam głazy, które leżą rozsiane po polance, na której rozbiliśmy namioty. Tuż obok mamy strumień (do którego nigdzie w pobliżu nie ma zejścia) i las.
Gdy idziemy spać, jest już dosyć chłodno.

Dystans: 86.84km
Czas jazdy: 5:11:43
Prędkość średnia: 16.71km/h
Prędkość max: 62km/h

poprzedni dzień / następny dzień