01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Dzień 6
07.08.2004
Sobota
Start: 9:20

FOTOGALERIA (otwiera się w osobnym oknie)

Przez całą noc towarzyszył nam dzwon pobliskiego kościoła. Poranek wstaje słoneczny, ale chłodny. Zbieramy się dosyć szybko, by kontynuować zjazd. Kierujemy się na południe. Jedziemy wzdłuż potoku, po lewej stronie mając ładny widok na skaliste Alpy. Wkrótce jednak widok znika, gdyż większość zjazdu prowadzi wąwozem. Nad potokiem unosi się mgła, w słonecznej pogodzie dając fajny efekt.
Już wkrótce robi się porządny upał. Jako że jutro niedziela, musimy zrobić jakieś zakupy - przynajmniej pieczywo. Nikt z nas nie ma niestety tubylczej waluty, więc znalazłszy supermarket, korzystamy z kart płatniczych. A właściwie to z karty Pawła. Mimo, iż mam praktycznie taką samą, dziwnym trafem kasa jej nie przyjmuje (jak się okazało po wyprawie - zapomniałem jej aktywować :)) Korzystając z dosyć niskich cen, robimy zapas tabletek musujących do produkcji napojów (woda potrafi naprawdę obrzydnąć).
Niedługo potem dojeżdżamy do Ljubljany. Spodziewałem się, że stolica Słowenii będzie ładniejsza. Brzydka nie jest, ale odwiedziliśmy chyba połowę najważniejszych miejsc z tych, które były zaznaczone na planie i żadne z nich nie rzuciło nas na kolana. Jest kilka ładnych ulic z kamienicami biegnących wzdłuż rzeki, ale to praktycznie wszystko, co Ljubljana ma do zaoferowania.
Gdy spożywamy posiłek na jakichś schodach, niebo zachodzi ciemnymi chmurami i po chwili zaczyna się ulewa. Szybko przenosimy się do jakiejś bramy, wszak jazda w burzy to niezbyt przyjemna zabawa. W kilka minut rozpętała się niesamowita burza z ulewnym deszczem. Zwykła burza trwa niezbyt długo, ale ta chyba wyjątkowo nas nie lubi. Co najmniej przez godzinę pioruny łupią niedaleko nas z niezmienną intensywnością. W sumie spędzamy w bramie 2.5 godziny. Czasem mamy nawet towarzyszy. Jest też dwójka z rowerami, ale po kilkudziesięciu minutach przypinają w bramie rowery i rozchodzą się. Postanawiamy, że będziemy tu siedzieć do 18:30, a potem pogoda, czy niepogoda - ruszamy!
No i ruszyliśmy w ulewie, która wcale nie zamierzała się zmniejszyć. Żeby przynajmniej butów nie umoczyć, ja i Tomek założyliśmy klapki. Ciekawe obuwie do pedałów SPD :) Ale zapewniam, że jechać się da! Praktycznie do wieczora jedziemy w deszczu. Najpierw mamy problemy z wyjazdem z Ljubljany i krążymy trochę bez sensu (kilka razy przejeżdżając przez głębokie kałuże na całą szerokość jezdni). Ale co zrobić jak się nie ma planu? Po wyjeździe z centrum nadal mamy problemy ze skierowaniem się tak, jak byśmy chcieli, ale w końcu dopinamy swego.
W miejscowości Dobrova zaczynamy szukać noclegu i - niespodzianka! - nie udało się za pierwszym razem. Tomek trafił na faceta, którego od pierwszego wejrzenia określił mianem "bucowatego". Tacy nigdy nie udzielają schronienia :) Nocleg znajdujemy za to u miłej pani Andrei. Nie musimy rozbijać namiotu, spać będziemy na strychu stodoły. Włazić trzeba po drabinie. Tomek wybrał sobie plastikowy leżak na parterze. Jeszcze przed spaniem zostajemy zaproszeni na kolację do domu (dostajemy fajne herbaty ziołowe).
Noc fajna, bo pod dachem, ale zamęczają nas komary.

Dystans: 75.91km
Czas jazdy: 4:05:17
Prędkość średnia: 18.57km/h
Prędkość max: 46km/h

poprzedni dzień / następny dzień