01
02 03 04 05
06 07 08 09
10 11 Dzień 6 Przez całą noc towarzyszył nam dzwon pobliskiego kościoła. Poranek wstaje
słoneczny, ale chłodny. Zbieramy się dosyć szybko, by kontynuować zjazd. Kierujemy
się na południe. Jedziemy wzdłuż potoku, po lewej stronie mając ładny widok
na skaliste Alpy. Wkrótce jednak widok znika, gdyż większość zjazdu prowadzi
wąwozem. Nad potokiem unosi się mgła, w słonecznej pogodzie dając fajny efekt. Dystans: 75.91km
12 13 14 15
16 17 18 19
20 21 22
07.08.2004
Sobota
Start: 9:20
FOTOGALERIA (otwiera
się w osobnym oknie)
Już wkrótce robi się porządny upał. Jako że jutro niedziela, musimy zrobić
jakieś zakupy - przynajmniej pieczywo. Nikt z nas nie ma niestety tubylczej
waluty, więc znalazłszy supermarket, korzystamy z kart płatniczych. A właściwie
to z karty Pawła. Mimo, iż mam praktycznie taką samą, dziwnym trafem kasa
jej nie przyjmuje (jak się okazało po wyprawie - zapomniałem jej aktywować
:)) Korzystając z dosyć niskich cen, robimy zapas tabletek musujących do produkcji
napojów (woda potrafi naprawdę obrzydnąć).
Niedługo potem dojeżdżamy do Ljubljany. Spodziewałem się, że stolica Słowenii
będzie ładniejsza. Brzydka nie jest, ale odwiedziliśmy chyba połowę najważniejszych
miejsc z tych, które były zaznaczone na planie i żadne z nich nie rzuciło
nas na kolana. Jest kilka ładnych ulic z kamienicami biegnących wzdłuż rzeki,
ale to praktycznie wszystko, co Ljubljana ma do zaoferowania.
Gdy spożywamy posiłek na jakichś schodach, niebo zachodzi ciemnymi chmurami
i po chwili zaczyna się ulewa. Szybko przenosimy się do jakiejś bramy, wszak
jazda w burzy to niezbyt przyjemna zabawa. W kilka minut rozpętała się niesamowita
burza z ulewnym deszczem. Zwykła burza trwa niezbyt długo, ale ta chyba wyjątkowo
nas nie lubi. Co najmniej przez godzinę pioruny łupią niedaleko nas z niezmienną
intensywnością. W sumie spędzamy w bramie 2.5 godziny. Czasem mamy nawet towarzyszy.
Jest też dwójka z rowerami, ale po kilkudziesięciu minutach przypinają w bramie
rowery i rozchodzą się. Postanawiamy, że będziemy tu siedzieć do 18:30, a
potem pogoda, czy niepogoda - ruszamy!
No i ruszyliśmy w ulewie, która wcale nie zamierzała się zmniejszyć. Żeby
przynajmniej butów nie umoczyć, ja i Tomek założyliśmy klapki. Ciekawe obuwie
do pedałów SPD :) Ale zapewniam, że jechać się da! Praktycznie do wieczora
jedziemy w deszczu. Najpierw mamy problemy z wyjazdem z Ljubljany i krążymy
trochę bez sensu (kilka razy przejeżdżając przez głębokie kałuże na całą szerokość
jezdni). Ale co zrobić jak się nie ma planu? Po wyjeździe z centrum nadal
mamy problemy ze skierowaniem się tak, jak byśmy chcieli, ale w końcu dopinamy
swego.
W miejscowości Dobrova zaczynamy szukać noclegu i - niespodzianka! - nie udało
się za pierwszym razem. Tomek trafił na faceta, którego od pierwszego wejrzenia
określił mianem "bucowatego". Tacy nigdy nie udzielają schronienia
:) Nocleg znajdujemy za to u miłej pani Andrei. Nie musimy rozbijać namiotu,
spać będziemy na strychu stodoły. Włazić trzeba po drabinie. Tomek wybrał
sobie plastikowy leżak na parterze. Jeszcze przed spaniem zostajemy zaproszeni
na kolację do domu (dostajemy fajne herbaty ziołowe).
Noc fajna, bo pod dachem, ale zamęczają nas komary.
Czas jazdy: 4:05:17
Prędkość średnia: 18.57km/h
Prędkość max: 46km/h