11/08/2002 niedziela || dzień11

Fusch - Bruck - St. Johann - Radstadt

Śniadanie - szwedzki stół. Mamy całkiem normalny posiłek! Po śniadaniu idziemy do kościoła. Później wszyscy, jak nie wymieniają klocków, to regulują hamulce. Paweł nie ma co wymieniać ani regulować, bo klocki hamują mu już metalem, a zapasowych nie ma. Jak się okaże - poradzi sobie bez nich do końca :) Od rana kropi. Pogoda utrzymuje się taka, jak i wczoraj - chmury zasłaniają widoki, które są niezłe, ale przy ładniejszej pogodzie byłyby prawdopodobnie wspaniałe... Do St. Johann jedziemy Tauernradweg. Po drodze wypadek - Marcin z powodu braku tylnego hamulca (swoją drogą - tylny i tak był prawie nieprzydatny z powodu sakw...) używa przedniego przy całkiem dużej prędkości na - uwaga! - mokrym drewnianym moście... Efekt mógł być jeden - analiza gleby. Właściwie to nie gleby, bo wylądował w dziwnej pozycji na barierce od mostu przywalony przez rower. Na szczęście obyło się bez poważnych obrażeń. Deszcz chwilami daje nam spokój, ale ogólnie więcej pada niż nie pada. W hotelu buty mi się trochę podsuszyły więc dla uniknięcia ich przemoczenia jadę w workach na śmieci nałożonych na buty. Rozwiązanie to spisywało się dobrze, tyle, że worki zdradliwie próbowały wejść w łańcuch i szeleściły o ramę więc po 20 km pozbyłem się ich. W St. Johann skręcamy na Radstadt i całkiem wygodnie tam dojeżdżamy ciekawym i widokowym terenem, nieco oszpeconym przez pogodę (i linie wysokiego i niskiego napięcia, które pałętają się tu wszędzie!). W Radstadt w drugim domu otrzymujemy miejsce na namiot - chyba z 10 minut kombinujemy jak się dostać za dom (gospodarz był zajęty i nie wskazał nam drogi). Rozbijamy namioty, obserwujemy podstępne ślimaki, a następnie zabieramy się za kolację. Po kolacji na tarasie (przerywanej włączaniem lampy na fotokomórkę) idziemy spać. Po chwili leżenia w namiocie spoglądam z latarką na najwyższą linię (namiot typu "chinka" - trójkątny) - jest zmoczona. Stwierdzamy, że nie przemoknie i gasimy światło. Po chwili włączamy znowu - wody nieco więcej. Chwilę jeszcze leżymy, a w końcu uzgadniamy, że w końcu na pewno zacznie kapać i przenosimy się na leżaki na taras pod dachem (taras przezornie polecił nam gospodarz - jasnowidz :)) Tutaj ubieramy się grubiej, zakładamy opaski na uszy (zimno jest!), przystawiamy sobie wiklinową ławeczkę pod nogi i idziemy spać (ja i Tomek, pozostała dwójka śpi w namiocie).

Czas jazdy: 4h 55min
Dystans dziś: 70,40 km
Dystans razem: 962,37 km
Prędkość średnia: 14,30 km/h
Prędkość max.: 42 km/h