Dzień 34
07.08.2006
Poniedziałek
Start 10:00

Tomek pojechał po chleb autostopem :) Od 8 rano czekał na pierwszy samochód, który pojedzie w kierunku Lebesby. Czekał zaledwie 45 minut. Pojechał tam, w sklepie rozmrozili mu 8 chlebów (dostawa nie jest codziennie) i wrócił z tym samym człowiekiem, który tylko na kawę jechał. Teraz, gdy brak zupek i kaszek, zjadamy nawet 2 chleby typu "kneipp brod" na głowę. Czyli 1,5kg chleba (co przy cenie przekraczającej 20NOK za bochenek w mniejszych sklepach jest znacznym obciążeniem kieszeni...).



Po porządnym wygłodzeniu śniadanie smakuje jak nigdy. Zjadamy je kilkaset metrów od miejsca noclegu, żeby uciec od komarów. Słońce rozświeca się na dobre. Ruszamy w dalszą drogę pod górę, po drodze mijając znak oznajmujący, że przed nami przełęcz Ifjordfjellet 360mnpm (znajdujemy się na wysokości trochę ponad 0...). Niedługo po wyruszeniu mija mnie zjeżdżająca z góry potężna ciężarówka z dźwigiem, taka z gatunku tych, co mają 5 osi i koła o średnicy 2m. Strasznie jej się kopci gdzieś z kół i pozostawia za sobą swąd klocków hamulcowych. Niedługo potem słyszę za sobą huk. Jak się później okaże, ciężarówka walnęła sobie w skałę (Marcin został w tyle i mijał ten pojazd już rozbity). Gdzieś trochę wyżej mijamy hodowlę reniferów - olbrzymie ich stado jest spędzone w jednym miejscu i zbite w krąg biegnie dookoła własnej osi. Swoiste perpetuum mobile. Jedzie się dosyć niefajnie, z dość długimi podjazdami i zjazdami.





Okolica to raczej pustkowie. W niższych partiach tych górek rosną bezlistne lasy brzozowe, przetkane jakimiś bagnami i mokradłami. Stwarza to obraz niczym z jakiejś Mrocznej Puszczy lub Martwych Bagien w "Władcy Pierścieni". W końcu zjeżdżamy na sam dół i przejeżdżamy z jednego fiordu do drugiego. W dosyć szybkim tempie dojeżdżamy do Tana Bru. Pogoda już się nieco pogorszyła. W Tana Bru korzystamy z marketów, w efekcie wiozę w sakwach trzy chleby :) Zaczynamy szukać jakiegoś noclegu dość późno, po przejechaniu jeszcze kawałka. Po konsultacji w jakimś domu, lądujemy na boisku, gdzie prowadzi nas facet, który ma znajomych w Wyszkowie. Efektem tego jest to, że potrafi wtrącić pełno słów po polsku do rozmowy. Gdy mówimy, że "we came to Oslo by plane", on odpowiada "aaaa, samolot!". Norweg, żeby było wszystko jasne. Po rozbiciu namiotów i zjedzeniu makaronu na słodko z śmietaną i dżemem (pycha!), znajduję piłkę w krzakach i kopiemy sobie z Pawłem :)

Dystans: 108.88km
Czas jazdy: 7:23:24
Prędkość średnia: 14.73km/h
Prędkość maksymalna: 45km/h

Poprzedni < > Następny
Początek


Prawa autorskie zdjęć i tekstu zastrzeżone: Marek Ślusarczyk © 2001-2099