Dzień 6
06.08.2005
Sobota
Start: 9:15

Rano Zosia dostaje od obsługi tartaku wino. Od samego rana pedałujemy pod górę, powoli wspinając się na przełęcz.



Podstawowa zaleta takiego rozwiązania to temperatura - jest chłodno. Przynajmniej do pewnego momentu, w którym robi się gorąco. Przez pewien czas jedziemy głównie przez las, mijając kolejne miejscowości. Jedna z nich to całkiem spory kurort, ale mimo usilnych poszukiwań (szczególnie przez Pawła), nie udaje się nam tam znaleźć żadnego marketu. Gdzieś za tą miejscowością mijam i pozdrawiam odpoczywającego na trawie w cieniu innego sakwiarza. Kawałek dalej nabieram wody przy źródle, a sakwiarz, który mnie dogonił okazuje się być Polakiem. Oczywiście znakiem rozpoznawczym były legendarne sakwy Crosso. Trochę pogadaliśmy o naszych trasach. Wspomniał nam o Holendrze, którego spotkał po drodze - jechał z Holandii do Senegalu na rowerze. Straszne rzeczy :)
Rozstajemy się i ruszamy w dalszą drogę. Gdzieś po drodze dostrzegam kozicę spacerującą kilka metrów od szosy. W momencie gdy kończy się las, rozpoczynają się piękne widoki. Ostatnie kilka kilometrów wjazdu to poważna walka z wiatrem. Na przełęczy Piccolo San Bernardo (2188mnpm) odpoczywamy, robimy zdjęcia i... czas na zjazd.



28km to całkiem niezła frajda, chociaż nigdzie nie ma wystarczająco długiej prostej, by osiągnąć zawrotne prędkości. Zjeżdżamy maksymalnie ubrani, bo na górze zimno i wiatr. Na dole, już po francuskiej stronie jest dużo cieplej - 26-28°C. Paweł zostaje przegłosowany przy wyborze dalszej trasy - tylko on chce jechać na Col de l'Iseran (2770mnpm). Decydujemy, że trzeba ominąć tą przełęcz, jeśli chcemy zdążyć do Barcelony.
W Bourg-St.Maurice robimy zakupy. Dalej jedziemy wzdłuż rzeki, ale teraz już dużo łagodniej. Nie cały czas jedzie się w dół - momentami są całkiem duże pagórki, na które trzeba wjechać. W momencie gdy główna droga przekształca się w drogę samochodową, musimy jechać jakimiś bocznymi drogami. Czasem nie wiadomo jak trzeba jechać, bo drogi biegną po obu stronach rzeki, a musimy spotkać drugą grupę przed wieczorem. Gdy ich spotykamy, tamci mają już załatwiony nocleg na jakiejś łące, ale jest jeszcze dość wcześnie, więc decydujemy się jechać dalej. To był dobry pomysł, gdyż kilka kilometrów przed Albertville znajdujemy nocleg na podwórku u świetnego faceta w koszulce z filmu "Taking lives". Pokazuje nam opaleniznę na nogach, by dowieść, że również jeździ na rowerze :) Mamy dostęp do kuchni i łazienki, w promocji jest kotek szalejący po podwórku (ale naprawdę szaleje jak mało który). No i dostajemy wino :) Jedyna wada to tory kolejowe przy samym podwórku - daje to trochę szokujący efekt w nocy, gdyż pociągi we Francji zasuwają z nieziemską prędkością :)

Dystans: 99.87km
Czas jazdy: 5:58:50
Prędkość średnia: 16.70km/h
Prędkość max: 54 km/h

Poprzedni < > Następny


Prawa autorskie zdjęć i tekstu zastrzeżone: Marek Ślusarczyk © 2001-2099