01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 1
25.07.2003
Piątek
O 4:30 dzwoni budzik. Spałem zaledwie 3 godziny - do późnej nocy dopinałem wszystko na ostatni guzik. Mimo to pobudka nie nastręcza trudności. Jak zawsze przed tak wielkim wyjazdem. O 6:00 przyjeżdża Paweł z tatą. Mnie nie czekają pożegnania z rodziną, która przebywa gdzieś w wielkim świecie na wczasach. Na dworcu PKP w Katowicach rozładowujemy rowery, ubieramy je w naszą żółtą dekorację (kolorowe sakwy Crosso) i kupujemy bez kolejki bilety do Zwardonia. Ten na rower kosztuje prawie tyle, co studencki osobowy... Przednie sakwy już na dworcu pokazują swoją zaletę - bagaż rozłożony jest na tyle równomiernie, że ważący ok. 40kg rower może przenosić jedna osoba (ciężkie, ale do zrobienia). Chwila sesji zdjęciowej i podjeżdża pociąg. Oczywiście nie ma śladu przedziału, w którym możnaby wygodnie przewozić rowery. Ładujemy je do jednego z "przedsionków" wagonu. Jazda upływa niezbyt wygodnie. Co chwilę pociąg staje i w zależności od tego, które drzwi się otworzą, musimy przesuwać bicykle. Z nudy prowadzimy naukowe rozważania na temat liczników przedstawiających ciśnienie w przewodach hamulcowych składu. Za oknem szaro i momentami pada. Ze spokojem jasnowidzimy piękną pogodę w Zwardoniu. Przed 11:00 jesteśmy na miejscu. I jak nas wita pogoda? Oczywiście słonko, pogoda lubi rowerzystów! Adama rozpoznajemy od razu - pierwszy raz w historii świata widzimy się na żywo. Wrażenie pozytywne. Jak się okazuje - siłacz nad siłacze, więc ułatwi nam to kolejne przesiadki. Tymczasem Adam trochę rzeczy przepakowuje i poprawia - jego przedni bagażnik trzyma się na słowo honoru, przymocowany domowymi sposobami. Z tego powodu nie może przewozić wiele bagażu w przednich sakwach. Tylne sakwy też nie wyglądają dobrze - prawie wchodzą w koła i nie są zbyt sztywne... ale liczy się olbrzymia dawka dobrych chęci!
Ruszamy w trasę. Po przejechaniu kilkuset metrów okazuje się, że na drodze do przejścia granicznego prowadzone są jakieś prace i nie sposób przejechać rowerem. Wybieramy alternatywną błotnistą ścieżkę zaproponowaną przez zwardońskich tubylców. Trzeba zjechać w dolinkę, ale wyjazd z niej stanowi już niejaki problem dla ciężkiego roweru. Kilkaset metrów prowadzenia pieszo, wyjazd na asfalt i mamy przed sobą przejście graniczne. Przekraczamy bez problemów granicę i w drogę! Można powiedzieć, że już się zaczyna wyprawa, ale jest to wciąż tylko dojazd do najbliższej porządnej stacji kolejowej w Čadcy. Już na pierwszym zjeździe osiągam prędkość 61 km/h... czyżby los chciał, aby rekord prędkości wyprawy został ustanowiony na pierwszych dwóch kilometrach trasy (z ponad 4000...)? Okaże się to w ciągu najbliższych siedmiu tygodniu, tyle bowiem nas czeka jazdy. Do Čadcy dojeżdżamy całkiem szybko, gdyż trasa jest ciągle nachylona w korzystnym dla nas kierunku, tudzież chwilami płaska. Na dworcu kupujemy bilety aż na granicę węgierską - do Šturova. Czeka nas jazda z czteroma przesiadkami... Na przesiadki mamy od dwóch do sześciu minut, co w aspekcie biegania po peronach z czterdziestokilogramowymi rowerami nie jest miłą perspektywą. Jak się jednak wkrótce okazuje, obsługa pociągów ma świadomość ilości przesiadających się osób i pociągi grzecznie czekają. Jedyny problem stwarzał kierownik pociągu pospiesznego z Żiliny do Trnavy, który nie za bardzo chciał nas brać, a po chwili łaskawie otworzył duży, pusty przedział bagażowy z windą. Oczywiście z windy nie dano nam skorzystać i musieliśmy windować nasze rumaki ponad metr nad ziemię przy pomocy własnych mięśni.
W ostatnim z naszych słowackich pociągów siedzimy i rozmawiamy z tutejszym kierowcą TIRa, który wraca na weekend do domu. Jak się okazuje, zna on język węgierski - na naszą prośbę pisze nam specjalną kartkę w tym języku, która ma pomóc znaleźć miejsce na nocleg :)
Mimo, iż po drodze pogoda zmieniała się, a w Żilinie lało jak z cebra, w Šturovie świeci ładne słonko. Jest 17:45. Tutaj ruszamy już naprawdę. Szybko dojeżdżamy płaskimi drogami do przejścia granicznego Šturovo-Esztergom i przeprawiamy się na Węgry. W Esztergomie dwa łosie oczywiście muszą mi gdzieś uciec... Myślałem, że jeśli ich nie widzę to powinienem jechać prosto. Po chwili zawracam i natykam się na łosie :) Paweł stwierdził, że droga w lewo wyglądała na bardziej główną. No, ale przecież nie będziemy się kłócić już na samym początku wyprawy. Podjeżdżamy pod sławną esztergomską bazylikę. Olbrzymia budowla, ale nie jest jakoś wyjątkowo piękna. Lepszy od bazyliki jest chyba widok na Dunaj i okolicę z tarasu za budynkiem. Jeszcze tylko zjazd nad Dunaj i opłukanie z trudów podróży pociągiem i naprawdę ruszamy w drogę. Najpierw wzdłuż Dunaju wiedzie asfaltowa ścieżka - średnio wygodna, bo poprzecinana zniekształceniami korzeni drzew i pęknięciami. Po drugiej stronie Dunaju widać ładnie oświetlone przedwieczornym blaskiem góry. Dojeżdżamy do normalnej szosy i nie mając innego wyboru ruszamy tą drogą. Już po chwili zauważamy, że kierowcy węgierscy zupełnie nie peszą się obecnością rowerzystów na drodze. Mijają nas z pełną prędkością, w niedużej odległości. Chcemy do końca dnia osiągnąć przynajmniej 50km. O godzinie 20:15 dojeżdżamy do jakiejś wioski, o ile pamiętam nazywała się Gömör. Zjeżdżamy w boczną drogę, a potem jeszcze na jakiś nieasfaltowy trakt. Jak zwykle w początkach wyprawy - nikomu za bardzo nie chce się pytać o nocleg :) Wybieramy z Pawłem domek letniskowy z porządnym sadem położony na stromej górce. Wspinamy się na szczyt, gdzie jakaś pani kosi trawę. Nie zna angielskiego, ale po okazaniu naszej węgierskiej kartki idzie do sąsiedniego domku i po chwili zjawia się jakiś anglojęzyczny starszy Węgier. Nasz pierwszy gospodarz chętnie nas przyjmuje, po rozłożeniu namiotu zaprasza do skorzystania z kuchni i łazienki. Chyba nie wyglądamy na złodziei, gdyż pozwalają nam chodzić po domku i do woli korzystać z kuchni. Zjadamy porządną kolację, gdyż jesteśmy wyraźnie głodni. Gospodarze zadają zestaw standardowych pytań o to gdzie studiujemy, ile mamy lat, dokąd jedziemy... Mówią, że ich dzieci też były na rowerach za granicą. W pewnej chwili do kolacji dołącza się zwariowany szerszeń, który lata w kółko jak opętany, po czym nagle pikuje prosto do mojej świeżo zalanej wrzątkiem herbaty. Adam przeprowadza sekcję zwłok, ale nie dociera do przyczyny zgonu owada (utonięcie lub poparzenie, choć nie wykluczamy innej możliwości). Zjadamy, łazienkujemy i schodzimy do namiotu, który rozłożyliśmy u podnóża górki, na jedynym płaskim miejscu na tej działce. Na początku leżymy sobie poza namiotem - piękne gwiazdy i przyjemna, letnia noc. Ja w obawie przed owadami wpełzam do naszego granatowego domku, gdzie już śpi Paweł, natomiast Adam spędza na powietrzu całą noc.

Dystans: 51.86km (razem 51.86)
Czas jazdy: 2:58:01
Średnia prędkość: 17.48 km/h
Prędkość max: 61 km/h

następny