01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 39
01.09.2003
Poniedziałek
Start: 7:15

Wstajemy o godzinie 6:30 i zjadamy w namiocie to co zostało do zjedzenia, po czym ruszamy w drogę. Bardzo zimną drogę, bo przy pierwszej okazji do spojrzenia na termometr dowiadujemy się, że jest 10°C... Prawdopodobnie na szczycie górki, gdzie spędziliśmy noc było jeszcze zimniej. Dzień przywitał nas szybkim i krętym zjazdem. Okolica jest dosyć górzysta. Przez moment pada deszcz. W pierwszej wsi na naszej trasie sklep jest jeszcze zamknięty, więc z sycącego posiłku nici.
Trasa wiedzie po nieciekawych pagórkach z rozległą panoramą leśno-rolniczą. Dopiero 18km później w Enger udaje nam się trafić na otwarty sklep. Znowu, nie wiedząc, które drogi są samochodowe, mamy problemy z nawigacją i wyborem trasy. Gdy słońce wychodzi zza chmur (robi się całkiem gorąco!), stajemy na odpoczynek pod lasem, przy pastwisku z krowami. Krowy bardzo się nami zainteresowały i masowo podeszły do płotu. Rozczarowane, że nie mamy nic do zaoferowania, równie masowo zaczęły produkować placki. Doprawdy nie wiem, dlaczego zrobiły to wszystkie równocześnie... Czy przetrzymywały materiał na tą okazję?
Wkrótce znów zaczyna padać deszcz. Robimy dłuższy postój pod gęstym drzewem. Krajobraz w okolicy zrobił się jakby ciekawszy. Otaczają nas jakieś większe górki, miasta są dosyć rzadko, dookoła jest całkiem dużo lasów. Po deszczu ruszamy w drogę. Akurat opowiadam Pawłowi o perypetiach z windami na Politechnice Śląskiej, gdy napomyka coś on o małej ilości powietrza w oponie. Nie trzeba długo czekać - powietrza nie ma wcale. Postanawiamy wrócić kilkaset metrów, gdzie Paweł przyuważył zadaszenie i tam dokonać naprawy, bo złowrogie chmury nie zamierzają się chyba rozstępować. Paweł zdejmuje bagaż, przewraca rower i zdejmuje oponę, ja tymczasem znajduję na dnie sakw torbę z narzędziami. Triumfalnie wyciągam łatki i klej wulkanizacyjny, który... jest zaschnięty. Nie ma wyjścia, muszę jechać do najbliższej miejscowości, jaką ma być oddalone o co najmniej 5km Minden i kupić Pawłowi dętkę, oraz, jak się okazuje, również oponę, ponieważ Dębica Waran, na której jeździł od początku naszych wypraw, przetarła się na amen.
Mając przed sobą taką misję, dostaję wyjątkowego kopa i jakoś mam dużo więcej siły jadąc w poszukiwaniu sklepu. Jak się okazuje, najbliższym miastem jest Porta Westfalica (brzmi jak miejscowość z Costa Brava, prawda?) i tam też dojeżdżam. Zaczepiam pierwszego lepszego cyklistę i pytam o sklep rowerowy. Prowadzi mnie tam z prędkością kosmiczną, ledwie udaje mi się nadążyć z moimi tonami bagażu. Najtańsza dętka z oponą kosztują razem 20 Euro. Wkrótce jestem z powrotem u Pawła (przejechałem 13km). A chmury jak na złość rozstąpiają się akurat, gdy musimy stać. Dosyć szybko naprawia to wszystko, ja w tym czasie posilam się.
Mamy pecha - gdy ruszamy w dalszą drogę, zaczyna kropić. Potem przez jakiś czas jest pogoda, ale pod wieczór deszcz leje gęsto. W Stadthagen znajdujemy gospodarza - sympatycznego faceta, którego rodzina jest na wakacjach. Rozbijamy namiot, a na kolację idziemy do domu - jest bardzo zimno i gospodarz zaprasza nas na kolację. Częstuje nas tym, co ma w lodówce, rozmawiamy przy posiłku o tym, na co pozwala nam język, bo facet nie mówi po angielsku. Przy okazji słuchamy sobie muzyki w radiu, co od dawna się nie zdarzyło. Lecą fajne przeboje z lat 80 i trochę współczesnych rzeczy. Nasze telefony potrzebują ładowania, zostawiamy je w domu, a rano mamy je znaleźć na zewnątrz pod daszkiem, bo gospodarz w nocy wychodzi do pracy.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 100.02km (razem 3731.10)
Czas jazdy: 7:21:22
Średnia prędkość: 13.59 km/h
Prędkość max: 46 km/h

poprzedni   następny