01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 35
28.08.2003
Czwartek
Start: 7:20

Zbieramy się stosunkowo wcześniej i obieramy azymut na Haarlem. Przez pierwsze kilkanaście km trasa wiedzie wzdłuż kanału. Jest tak płasko, że już bardziej być nie może. Za kanałem przez pewien czas towarzyszy nam las, a po naszej prawej stronie są rozległe pola. Momentami trochę kropi deszcz. Robimy sobie krótką przerwę na śniadanie. Pogoda jest niezbyt zachęcająca (zimno, ciemno). Wkrótce dojeżdżamy do Haarlem. Jest to dosyć fajne miasteczko do pospacerowania, ale nie ma tu żadnych bardzo charakterystycznych punktów, o których możnaby pisać. Dużo jest parkingów dla rowerów zastawionych przez olbrzymie ilości tych wspaniałych pojazdów. Gdy czekam na rynku, aż Paweł wróci ze spaceru, zaczepia mnie całkiem dobrze wyglądający facet, który spał obok na ławce. Pyta mnie o pobliskie pola namiotowe i zastanawia się, czy trzeba na nich mieć swój namiot. Jego jedyny bagaż to aktówka. Wygląda jakby uciekł z domu od żony-wiedźmy :)
Znów przez kilkanaście minut pada deszcz. Ruszamy w kierunku Amsterdamu. Drogi rowerowe prowadzą nas głównie wzdłuż autostrad, na szczęście prawie zawsze są oddzielone murem przeciwdźwiękowym. W południe jesteśmy w samym centrum stolicy. Zajmujemy strategiczną ławkę nad kanałem - nawet ciekawe miejsce wybraliśmy, bo prowadzi tędy główny szlak łodzi wycieczkowych, które w tym miejscu zakręcają i przepływają pod bardzo wąskim mostem. Podziwiam kapitanów, ja bym od razu grzmotnął tą łodzią w mur :)
Spaceruję po centrum Amsterdamu dosyć długo. Na każdym kroku można się tu natknąć na coś ciekawego. Coffee shopów jest masa, a każdy z nich chce czymś oryginalnym przyciągnąć potencjalnych klientów. Oprócz tego są sklepiki z nasionami marihuany i grzybkami halucynogennymi. Oczywiście kanały przecinają całe centrum, rozchodzą się promieniście w kształcie półkola. Na niektórych kanałach stoją barki mieszkalne, ale nie ma ich wiele. Spodziewałem się większej ilości tych nietypowych domów. Rowerów oczywiście stoi wszędzie pełno. Niektóre nawet mają przymocowane małe silniczki spalinowe. W centrum jest bardzo mało nowoczesnych budynków, większość to ceglane kamienice sprzed jakiegoś czasu.
Gdy jestem na jakimś dużym placu z zamkiem, zaczyna padać deszcz. Mam nadzieję, że zaraz przestanie i nie zawiodłem się. Przez ogromną szybę można zajrzeć do Diamond Center jak specjaliści szlifują diamenty przy stanowiskach z dużą ilością różnych przyrządów. W słynnej czerwonej dzielnicy pełno pań lekkich obyczajów wszelkiej maści. W większości domów są one wystawionej w przeszklonych witrynach, jak towar w sklepie. Rzadko która z tych kobiet jest ładna, prawie wszystkie są grube, niezgrabne i podstarzałe. Widać, że pośród nich jest cała plejada różnych narodowości. Wychodząc z czerwonej dzielnicy poprzeczną uliczką trafiam na jakąś murzyńską ulicę. Orientuję się, gdy zaczynają mnie jakieś podejrzane typy zaczepiać. Są tu po prostu sami murzyni, nie wiem, gdzie wsiąkli wszyscy turyści. Pośpiesznie włażę w inną poprzeczną uliczkę, żeby pozbyć się nachalnych natrętów i przechodzę jakby do zupełnie innego świata. Znów spokojnie spacerują tu turyści, a po kanałach płyną łodzie. Zapach marihuany jest w tym mieście jeszcze bardziej wszechobecny niż w Hadze.
Po długim spacerze przez centrum wracam do Pawła i gdy on wędruje po holenderskiej stolicy, ja piszę kartki pocztowe do kilku osób. Z Amsterdamu jest dosyć wygodny wyjazd, tylko trasa przez kilka kilometrów wiedzie przez zapuszczoną dzielnicę w całości zamieszkaną przez czarnych. Nie wiedziałem, że jest tu taki podział.
Jedziemy do Utrecht, przyjeżdżamy tu o 19:20, więc nie mamy czasu, żeby zwiedzać. Miasto wygląda dosyć interesująco, na pewno jest ładniejsze niż Haarlem. Robimy szybki rajd po starym mieście i wyjeżdżamy na miasto w poszukiwaniu noclegu. Przy pierwszym pytaniu o nocleg facet się zgadza, wygląda na to, że uzgadniamy miejsce rozbicia namiotu, a nagle jakby się orientuje, że chcemy zająć jego trawnik i wtedy od razu zaczyna bełkotać o policji i nie zgadza się. Pytamy jeszcze 3 razy o możliwość rozbicia namiotu, ale paskudni ludzie się nie zgadzają, więc nabieramy wody i wracamy około kilometra do przyuważonego lasu. Wjeżdżamy leśną drogą w głąb iglastego lasu i po przejechaniu kilkuset metrów zjeżdżamy między drzewa. To pierwszy taki nocleg. Jest dosyć nierówno, ale co zrobić, przecież nie pojedziemy płacić na polu namiotowym :) Trochę psuje nam szyki ulewa, która rozpadała się podczas rozbijania namiotu. Przy okazji namiot został zmoczony. Podejmujemy desperacką decyzję - rowery tym razem będą musiały spać nagie i bezbronne oparte o jakieś gałęzie, a folia przykrywa namiot. Oczywiście zostawiamy odpowiednio duży kawałek odsłonięty, żeby się nie udusić. Mimo, iż padało całą noc, do namiotu nie wciekła ani kropelka. Jakieś badyle pod podłogą namiotu trochę gniotły, ale wyspałem się bardzo dobrze.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 99.20km (razem 3307.61)
Czas jazdy: 6:46:01
Średnia prędkość: 14.65 km/h
Prędkość max: 27 km/h

poprzedni   następny