01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 34
27.08.2003
Środa
Start: 9:00

Gospodyni przekazuje nam złe wiadomości - na piątek zapowiedziany jest deszcz. Oczywiście wiadomość jest nam nie w smak. Już teraz trochę kropi, ale naprawdę minimalnie.
Naszym pierwszym celem dziś jest centrum Rotterdamu. Wzdłuż naszej trasy cały czas towarzyszą nam kanały pokryte zielonym dywanem rzęsy. W środku wielkiego miasta w tych kanałach najzwyczajniej w świecie żyją sobie kaczki, czaple i inne ptactwo wodne.
Mają tu naprawdę dużo rowerów, żadnych kolarek i rowerów górskich - same miejskie, na których jeździ się w wyprostowanej pozycji. W Rotterdamie nie ma zabytków, a przynajmniej my ich nie uświadczamy. Jest stary budynek ratusza, policji i kościół św. Laurenta (o dziwo - wstęp wolny... za to w nawie bocznej stoi lodówka z zimnymi napojami). Miasto nie jest brzydkie, taka nowoczesność też może być ciekawa - szklane wieżowce i centra handlowe. Mimo wszystko, na przykład w paryskiej dzielnicy La Defense było to o wiele lepiej rozwiązane.
Kolejnym celem jest Delft. Momentami towarzyszy nam wiatr w twarz. Cały czas jest pochmurno. Wzdłuż drogi biegną takie same kanały. Gdy dojeżdżamy do miasteczka niebieskiej porcelany, wychodzi słońce. Robimy sobie przerwę nad jednym z licznych kanałów w centrum. Jest ich tu naprawdę dużo, a na każdym pełno kaczek. Delft to bardzo ładne miasteczko z miłą starówką. Wszędzie jest pełno sklepów z pamiątkami, w których szczególnie eksponowana jest królewska porcelana malowana w niebieskie wzory (jest ona specjalnością miasteczka).
Przemieszczamy się do Hagi, pogoda znowu się pogarsza, a momentami kropi. W powietrzu unosi się zapach marihuany. Rozkładamy się na ławce w parku z przedziwnymi rzeźbami - jedna na przykład jest w całości zrobiona z żarówek. Inna to po prostu głośnik na drzewie, z którego rozlegają się histeryczne śmiechy. Przechodząc obok nie sposób się nie roześmiać. Spora grupka ludzi stoi pod drzewem i rechocze. Miasto niczego sobie, ale sprawia wrażenie raczej zakupowego niż turystycznego. Okrążam pieszo znajdujący się w centrum zamek, przechodzę obok gabinetu prezydenta Holandii (Haga jest siedzibą rządu). Akurat w tym momencie wychodzi z budynku jakiś ważniak, którego filmuje telewizja, a zgromadzeni ludzie robią mu zdjęcia. Pewnie jakiś prezydent, czy inny minister, ale nie wiem tego na pewno, więc nie przejmuję się nim i idę dalej. Po głównym deptaku wędrują przedstawiciele wszystkich ras i narodowości. Polska jest w znakomitej większości zamieszkana przez rodowitych mieszkańców. Ciekawe czy po wstąpieniu do Unii Europejskiej [piszę te słowa w lutym 2004] też zaczną się pojawiać takie ilości ludności napływowej? Z parku w centrum miasta przenosimy się do odległego o kilka kilometrów, będącego dzielnicą Hagi kurortu nadmorskiego Scheveningen. Kurort słynny jest z wielkiego mola z wybudowanymi na słupach na morzu restauracjami i innymi lokalami. Na samym końcu stoi wielki dźwig, z którego można sobie skoczyć na bungee. W sumie molo robi wrażenie niechlujnego i wcale nie ma tak atrakcyjnego wyglądu jak na zdjęciach. Pewnie dlatego, że zdjęcia zawsze robione są z góry i przy zachodzie słońca. Moczymy się z Pawłem w Morzu Północnym (które jest cieplejsze niż zimny prysznic na dowolnym campingu :)). Dalej ruszamy wzdłuż morza asfaltową drogą przez wydmy. Chmury i prześwitujące przez nie słońce tworzą ładne widowisko razem z surowym terenem wydm, gdzie nie ma żadnych budynków w zasięgu wzroku (w Holandii to się raczej nie zdarza, przynajmniej nie w części zachodniej). Co jakiś czas na dróżce są progi zwalniające - nie wiadomo, po co, bo samochody jeździć tu nie mogą. Co ciekawe, jadąc drogą przez wydmy, ani razu nie widzimy już morza.
Pod wieczór odbijamy w kierunku lądu, aby znaleźć jakąś miejscowość, gdzie będzie można przenocować. Ze znalezieniem gospodarzy mamy spore problemy, bo wszyscy boją się policji - dowiadujemy się, że nie można sypiać w namiotach na podwórkach. Już widzę tą policję patrolującą wiochy w poszukiwaniu namiotów i odprowadzająca namiotowiczów w kajdanach do radiowozu :) W końcu znajduje się miły starszy facet, który pomaga nam złamać prawo. Namiot rozbijamy za domem na pastwisku - w takim miejscu, do którego nie dotrze nawet słynny Antynamiotowy Wywiad Holenderski (podobno mają prawo wrzucać granaty do namiotów). Na pastwisku towarzyszą nam owce i sarny (lub jakieś inne jeleniopodobne stworzenia). Sarny trzymają się z dala, ale owce nachalnie próbują rozkraść nasze zapasy. Dzielnie bronimy naszej twierdzy.
Będziemy musieli wstać wcześnie, bo nawet nasz gospodarz obawia się policji i woli, żeby nas nie zobaczono. Nie wiem, skąd wynika ten strach przed władzami nawet w tak błahej sprawie, ale nie zastanawiam się nad tym, lecz idę spać.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 85.25km (razem 3208.41)
Czas jazdy: 6:25:11
Średnia prędkość: 13.28 km/h
Prędkość max: 33 km/h

poprzedni   następny