01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 33
26.08.2003
Wtorek
Start: 9:05

Mamy problemy ze zmuszeniem się do wstania, ale w końcu o 7:50 nam się to udaje. Jedziemy raczej płaskim terenem. Wkrótce trafiamy do Bredy. Przed supermarketem Aldi mam okazję się przyjrzeć śmiesznym skuterkom, które rozwijają prędkość nie większą od pieszych, a babcie używają ich głównie do wyjazdów na zakupy. Naprzeciw marketu znajduje się ogrodzony wysokim płotem kościół, stoją tablice sugerujące, że kościół zostanie wyburzony, a na jego miejsce wybudowane jakieś apartamenty. Trochę szokujące, ale gdy w centrum Bredy wysłuchuję Lambady i przebojów grupy The Beatles wybijanej na kościelnych dzwonach, zaczynam powoli przyzwyczajać się do podejścia Holendrów do religii. Duży kościół w Bredzie z zewnątrz wygląda ładnie, ale wejście do środka jest płatne. Chyba mamy szczęście, bo trafiamy na dzień targowy. W centrum miasta rozstawionych jest pełno straganów - to z serami, to z owocami, to z dzwonkami i siodełkami rowerowymi.
Dalej kierujemy się na Dordrecht. Próbujemy jazdy normalną drogą, która nie jest jakoś szczególnie ruchliwa, niebezpieczna, czy wąska, ale kierowcy trąbią na nas jak wariaci, stukają się po głowach. W Holandii jazda normalną drogą rowerem to chyba coś nie do pomyślenia. Może mają trochę racji, bo praktycznie wszędzie można dojechać drogami rowerowymi. Na jednym z postojów Paweł urządza sobie drzemkę na szerszeniu, na szczęście podrywam go na nogi (Pawła, nie szerszenia).
W Dordrechcie na miejsce wypadowe obieramy zacieniony olbrzymimi drzewami trawnik przed kościołem, obok przystani jachtowej. Centrum Dordrechtu przecinają kanały. Nie ma ich wiele, ale to pierwsze takie miasto na naszej trasie. Nad kanałami przerzucone są mosty zwodzone, często podnoszone. Na starówce jest dużo ładnych kamieniczek. Zauważam to nie tylko ja, bo jakiś osobnik rysuje zawzięcie panoramy Dordrechtu siedząc na stołeczku. W środku miasteczka nie ma ruchu samochodowego, jeżdżą tylko autobusy, które są wpuszczane przez specjalne, chowające się do ziemi słupki.
Jadąc do Kinderdijk, mijamy na ulicy człowieka jak gdyby nigdy nic wędrującego w drewnianych chodakach. Myślałem, że to tylko taki holenderski symbol na pokaz (i na sprzedaż w sklepach z pamiątkami), ale wygląda na to, że niektórzy nadal normalnie w takim stukającym obuwiu chodzą na codzień. Przy okazji przed samym Kinderdijk dowiadujemy się, że 1km na drogowskazach może oznaczać 7km w praktyce. Śmieszna rzecz. Chociaż w sumie, gdy się jest tym, który pedałuje, to nie jest tak bardzo do śmiechu. Z rana było trochę pochmurno, ale w momencie gdy jesteśmy w Kinderdijk (słynąca z dużego skupiska wiatraków miejscowość), pogoda jest prawie bezchmurna. Robimy rundkę przez będące rezerwatem mokradła, na których stoi około 20 staromodnych wiatraków. Niektóre się kręcą. Robię dużo zdjęć.
Zamiast nadrabiać wiele kilometrów dookoła zatoki, transportujemy się promem (o ile pamiętam, za 70 centów). Trasa do Rotterdamu prowadzi głównie przez rozległe pola. Wzdłuż drogi są kanały, w większości koloru zielonego (pokryte rzęsą). Dojeżdżamy do miasta, ale decydujemy się zawrócić, bo nie ma tu odpowiednich ogródków do obozowania. Po kilku próbach trafiamy na wielką farmę, gdzie rozbijamy namiot na zarośniętym kępami twardej trawy boisku do siatkówki (którego chyba nikt nie używał od dobrych 10 lat). Mamy pewne problemy z kolacją, bo nieustannie żebrze nam tu pies. Wkrótce zjawia się gospodyni, która, o ile dobrze zrozumiałem, właśnie odebrała przyjaciela, który przyleciał z Australii (albo przyleciała od przyjaciela z Australii - nie do końca zrozumiałem). Sympatyczna kobieta.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 81.84km (razem 3123.16)
Czas jazdy: 6:08:58
Średnia prędkość: 13.30 km/h
Prędkość max: 26 km/h

poprzedni   następny