01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 30
23.08.2003
Sobota
Start: 9:30

Gospodarzy z rana nie ma, ale wkrótce przyjeżdżają przywożąc nam z miasta świeże wypieki. Do Liege mamy z górki. Po drodze mijamy ciekawą budowlę - przeszkloną, kilkupiętrową wieżę, w której oknach na każdym piętrze stoi kilka samochodzików Smart. Dojeżdżamy do centrum, za bazę wypadową uznajemy plac przed katedrą św. Pawła i chodzimy po mieście. Odwiedzam katedrę oraz kościół św. Denisa. Chodzę po starym mieście, ale niczym ono nie zachwyca. Jest tu dosyć brudno. A może mam tylko takie wrażenie z powodu pochmurnego dnia. Mijam różne ciekawe kafejki, ale nie ma tu nic takiego, co by mnie skusiło na ponowną wizytę w Liege. Korzystam z kafejki internetowej - nagrywam zdjęcia na płytę CD. Gdy ruszamy w dalszą drogę, mijamy jeszcze plac św. Lamberta, podobno jedno z ważniejszych miejsc w mieście, ale i on nie wygląda oszałamiająco. Jedziemy do St. Truiden bardzo długą prostą drogą - 35km na przestrzał. Niedługo za Liege wyprzedzam Pawła, by po chwili usłyszeć za sobą wrzask "STOOOP!" - Paweł przebił dętkę. Przymusowa przerwa. Wygrzebuję z dna sakwy łyżki do opon. Paweł ma jakieś problemy z odkręceniem koła (nie ma szybkozamykaczy), ale w końcu udaje mu się wszystko zrobić. Gdzieś w połowie drogi do St. Truiden mijamy tablicę informującą o wjeździe do strefy języka holenderskiego w Belgii. Aż do tej miejscowości towarzyszą nam domy publiczne - jest ich cała masa, każdy ma coś a'la witryna sklepowa, gdzie siedzą skąpo ubrane panie do wyboru.
St. Truiden (lub St. Trond po holendersku) to piękne miasteczko, zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Dookoła rynku stoją odnowione kamienice z knajpkami na parterze, z interesującej fontanny leje się woda, tylko znajdujący się tu parking nieco psuje widok. Korzystamy z okazji i bierzemy udział w mszy świętej w znajdującym się przy rynku kościele. Msza jest po holendersku i ogólnie jest dosyć dziwna, bo wierni prawie przez cały czas siedzą, a tylko w najważniejszych momentach wstają. Odwiedzam jeszcze kościół św. Marcina stojący nieco na uboczu, ale bardzo piękny, choć nieduży.
Dalej jedziemy do Tienen i postanawiamy przespać się na campingu za miastem, niestety długie poszukiwania nie dają efektu (mam stary atlas, pewnie dlatego) więc postanawiamy poszukać metodą "na gospodarza". Podjeżdżamy do jakiegoś domu i już mamy dzwonić, gdy zatrzymuje się samochód i Belg pyta, czy może nie szukamy noclegu i czy nie chcielibyśmy ewentualnie rozbić namiotu w jego ogrodzie. Na mordercę nie wygląda, więc jedziemy za jego samochodem. Trafiamy do świetnego ogrodu i po chwili się okazuje, że nawet rozbicie namiotu nie jest konieczne, gdyż możemy spędzić noc w małej altanie. Gospodarz wychodzi na jakiś miejscowy festyn i stwierdza, że może nie wróci do rana. Poznaje nas ze swoim psem, z którym mamy się bawić oraz informuje nas jak działa zakamuflowany system zdalnego otwierania bramy.
Zjadamy kolację równocześnie męcząc niezmordowanego psa, który aportuje piłkę, po czym kładziemy się w naszej altanie.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 72.53km (razem 2873.01)
Czas jazdy: 5:04:23
Średnia prędkość: 14.29 km/h
Prędkość max: 38 km/h

poprzedni   następny