01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 21
14.08.2003
Czwartek
Start: 10:10

Budzę się w stanie zadziwiająco dobrym. Ciemne chmury wiszą nad nami. Czy aby na pewno? Tak! I po chwili zaczyna padać deszcz! Po kilku suchych miesiącach zaczyna tu nawet porządnie padać, przez chwile jest burza. Mieliśmy tyle upalnych dni jazdy, że wcale nie smuci nas deszcz. Piorę rzeczy, a potem chronimy się pod metalową wiatą przed deszczem. Zakład, przy którym nocowaliśmy to jakaś stolarnia czy coś w tym stylu. Siedzimy sobie na deskach i spożywamy śniadanie, przy okazji rozważając tajniki obsługi stojącego obok wózka widłowego. Pawłowi jak zwykle bardzo zależy na dyscyplinie i pokonaniu satysfakcjonującego dystansu, zarządza więc wyjazd o godzinie dziesiątej, czy deszcz ustanie, czy też nie. Akurat na tą godzinę mniej więcej ustaje i wyruszamy w lekkiej mżawce. Trasa jest dosyć płaska, ale raczej główną drogą. Nie czuję się zupełnie dobrze, ale o niebo lepiej niż dzień wcześniej. Kierujemy się na Tonnerre. Momentami pada mocniej, ale w końcu przestaje. Przed Tonnerre jest wyraźny podjazd i zjazd. W miasteczku odwiedzamy hipermarket. Dalsza trasa jest niezbyt ciekawa, jedziemy przez St. Florentin, cały dzień w raczej pochmurnej atmosferze (hurraaa!).
Po długim podjeździe do miejscowości Arces-Dilo szukamy noclegu. Nie za bardzo mają ochotę nas przyjąć, ale Paweł upiera się, żeby spróbować szósty raz. Trafiamy na świetną rodzinę, w której kilka osób mówi po angielsku, a jeden facet nawet ma ponoć żonę Polkę i umie powiedzieć "na zdrowie" (ciekawe, ale to była najczęściej znana przez naszych gospodarzy polska fraza). W dużym sadzie rozbijamy namiot (towarzyszy nam część gospodarzy również rozbijających namiot - chyba chcą przetestować nowy, ale niezbyt im to idzie), po czym udajemy się na ucztę. Przy stole pingpongowym (sic!) zasiada kilkanaście osób - z okazji 15 sierpnia, które we Francji jest ważnym świętem zjechała się tu cała rodzina i robią małe ogrodowe party. Bardzo dużo rozmawiamy z gospodarzem i jego żoną pochodzącą ze Sri Lanki, a także z mówiącym po angielsku synem gospodarza - Matthieu. W międzyczasie spożywamy pyszne potrawy, między innymi smażoną cukinię, kozi ser z ogórkami oraz typowe potrawy z grilla. Towarzyszy nam śmieszny piesek notorycznie włażący na ławkę i wyjątkowa uprzejmość sędziwej mamy gospodarza nie rozumiejącej ani słowa po angielsku, ale będącej wyraźnie zachwyconą tak niespodziewanymi odwiedzinami. Po posiłku otrzymujemy dostęp do łazienki, a także do komputera, który nie dość, że jest Macintoshem i to laptopem, to w dodatku ma klawiaturę AZERTY... ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc z radością wysyłam dwa maile. Matthieu puszcza Good Charlotte oraz Third Eye Blind - cieszy mnie możliwość posłuchania muzyki, której wyjątkowo mi brakuje na wyprawie.
Jeszcze wieczorem zostajemy zaproszeni na śniadanie, udajemy się na spoczynek stosunkowo późno.


Dystans: 91.00km (razem 2001.72)
Czas jazdy: 7:16:38
Średnia prędkość: 12.50 km/h
Prędkość max: 46 km/h

poprzedni   następny