01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 19
12.08.2003
Wtorek
Start: 8:20

Zjadamy lekkie, słodkie śniadanie, prowadząc dyskusję nad tym, czy gospodarze nie są sadystami - chleb podano nam w koszyku z napisem "Pain". Dopiero później dowiemy się, że pain to po prostu chleb (żeby było weselej, ryba po francusku to poison). Przez wioski dojeżdżamy do Dole - zaskakująco urocze miasteczko, które według atlasu nie jest warte odwiedzenia. Jest tu ładne stare miasto, targ i olbrzymi kościół z kremowego kamienia. Dalsze kilkadziesiąt kilometrów aż do Dijon upływa nam w okrutnym upale. Mijamy ciągnące się po horyzont pola spalonych na brązowo słoneczników. W Dijon zajmujemy strategiczne miejsce na fontannie. Paweł pierwszy idzie zwiedzać, a ja nie potrafię na tej fontannie wysiedzieć, taka jest rozgrzana od gorącego dnia. Nawet fakt, że już od jakiegoś czasu jest w cieniu nie ma znaczenia... W pobliżu jest kilka knajpek i staroświecka karuzela. Po powrocie Pawła, przed 18 zaczynam spacer po mieście, odwiedzam Palais Du Justice (Pałac Sprawiedliwości) i Palais Du Liberty (Pałac Wolności), a raczej ich dziedzińce. W tym drugim natykam się na trio młodych ulicznych grajków, którzy świetnie grają "Conquest of paradise" Vangelisa, co jest o tyle ciekawe, że grali na zupełnie innych instrumentach, niż miało to miejsce w wersji oryginalnej - na gitarze, skrzypcach i wiolonczeli, o ile się nie mylę. Jest tutaj taka uliczka, w której kamienice wyglądają, jakby były zrobione z plasteliny (robione z krzyżujących się belek pomalowanych w jaskrawe, błyszczące kolory, przetykanych normalnym, nierówno otynkowanym materiałem - fajnie to wygląda).
O 19 wyjeżdżamy z Dijon i do 20 pniemy się w górę. W nagrodę, późnym wieczorem czeka nas piękny zjazd przez las - bez żadnych samochodów, mamy całą drogę dla siebie. W pierwszej maleńkiej miejscowości pytamy o nocleg w pierwszym domu, który początkowo bierzemy za opuszczoną ruderę. Właściwy dom znajduje się w głębi podwórza. Zapytany chudy, wysoki osobnik z siwiejącym zarostem zaskakująco dobrze mówi po angielsku, entuzjastycznie zgadza się na nasz nocleg. Pokazuje nam miejsce, gdzie jest rozbity jeszcze jakiś inny namiot, jednak stwierdza, że chyba lepiej będzie nam się spało w domu i prowadzi nas do... opuszczonej rudery, która, jak się okazuje, jest właśnie odnawiana. Dostajemy materace, co jest dla nas szczytem luksusu :) Gospodarz przedstawia nam swoje dzieci, które mówią równie dobrze po francusku, jak po angielsku. Pytam o przyczynę tego stanu gospodarza, który wyjaśnia nam, że jest Szkotem, a jego żona jest Francuzką. Zaczynamy jeść kolację przy stoliku w ogrodzie, gdy przychodzi nasz Szkot i zaprasza nas do udziału w wyprawie do centrum miejscowości. Cel jest nie byle jaki - on i cała kilkunastoosobowa grupa przebywająca w domu ma zamiar robić zdjęcia olbrzymim ćmom, które pojawiają się zaraz po zmroku i zawisają nad rzadkim gatunkiem kwiatów, również otwierających się po zachodzie słońca. Biorą samochód, którym oświetlają pole walki i udaje im się zrobić kilka niezłych zdjęć nocnych motyli. Niestety nie zdążyliśmy na pokaz otwierania kwiatów - podobno robią to w ciągu kilkudziesięciu sekund i jest to ciekawe widowisko.
Gdy wracamy na miejsce noclegu, zostajemy jeszcze poczęstowani przez gospodarzy pizzą i tortem, co już zupełnie zaprzecza obiegowej opinii o skąpstwie Szkotów.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 100.42km (razem 1838.23)
Czas jazdy: 6:59:25
Średnia prędkość: 14.36 km/h
Prędkość max: 39 km/h

poprzedni   następny