01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 18
11.08.2003
Poniedziałek
Start: 7:05

Wstajemy przed 6:30, żeby nie rozjechano nas kombajnem. Ruszamy bez śniadania. Czasem rano nie mamy ochoty na jedzenie, mimo to sił nie brakuje i jedzie się bardzo dobrze, tym bardziej, że o tej porze wciąż jest raczej chłodno. Przez jakiś czas jedziemy pod górę, później czeka nas długi zjazd - w końcu cały wczorajszy wieczór wspinaliśmy się. Cały czas jesteśmy w cieniu góry, słońce jest po drugiej stronie. Tocząc się z górki przejeżdżamy przez tunel i dojeżdżamy do miasteczka. Upatrujemy sobie ładne miejsce w cieniu na śniadanie - przy kamiennej wannie z krystalicznie przejrzystą wodą. Gotujemy na kuchence wodę na nasze cudowne kaszki :) Zjadamy śniadanie i pedałujemy do granicy francuskiej (jest tu jakiś posterunek, ale wygląda na to, że można go olać, bo nikt nas nie zatrzymał). Teraz już jesteśmy wystawieni na słońce.
Pedałujemy przez tutejszą Jurę, która jest bardzo podobna do naszej Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Dojeżdżamy do Pontarlier - miasto dosyć zaniedbane, ale typowe dla południowej Francji. Jest dosyć staroświeckie, domy w centrum zbudowane są z niedokładnie ociosanych jasnych kamieni, tu i ówdzie stoją fontanny. Budynki raczej nie są tynkowane i wszystkie mają odcienie koloru żółtego, beżowego i białego. W poszukiwaniu spożywczaka wyjeżdżamy z Pontarlier i po długich poszukiwaniach znajdujemy prawdopodobnie jedyny sklep spożywczy w okolicy... hipermarket Geant. Moloch supermarketu stoi na wysuszonej równinie, kawałek za miastem - pośród kilkudziesięciu innych dużych sklepów. Z jednej strony paskudnie wygląda taka dzielnica stalowych, brzydkich sklepów i magazynów, z drugiej strony dobrze, że wszystko to znajduje się poza miastem. Geant jest w przebudowie i część towarów znajduje się w olbrzymim namiocie dobudowanym do hipermarketu. Ogólne wrażenie - parking i sklep są dużo mniej zadbane niż te w Polsce. Ceny wyższe niż się spodziewałem, ale znośne. Rozkładamy się pod jednym z nielicznych drzew na obrzeżu parkingu i tam objadamy się. W pobliżu siedzi jakaś dziewczyna i pisząc SMSy obserwuje nas kątem oka. Gdy odjeżdżamy uśmiecha się i mówi "Ciao". Miłe spotkanie.
W dalszej jeździe towarzyszy nam straszliwy upał. Wszystko jest suche i spalone słońcem - pastwiska i pola. Na jednym postoju Paweł dał się załatwić osie - wydawało mu się, że to mucha i trzasnął ją na swojej nodze :)
Jedziemy wzdłuż samych pastwisk po pagórkowatym terenie. Od czasu do czasu ni stąd, ni zowąd stoi pod drzewem lub w polu kapliczka, albo figurka Matki Boskiej. Zazwyczaj z białego kamienia - jak wszystkie budowle w tym regionie. O godzinie 20 dojeżdżamy do wioski Santans i tutaj w pierwszym interesującym domu przyjmuje nas małżeństwo Belgów - bardzo mili ludzie. Rozbijamy namiot na dużej, ogrodzonej łące za domem w otoczeniu pomidorów i drzew morelowych. Zostajemy obdarowani melonem i zaproszeni na jutrzejsze śniadanie. Późnym (dla nas) wieczorem przychodzi do nas jeszcze gospodarz z laptopem - włącza tam atlas Europy i informuje nas w jakiej odległości od domu się znajdujemy. Przy okazji udaje mu się coś popsuć, ale Paweł informatyk trochę kombinuje i uruchamia komputer na nowo. Ogólnie jeszcze dużo rozmawiamy z gospodarzem. Pan Thierry mówi nam, co warto odwiedzić w Belgii, opowiada też o Paryżu. Dostajemy plany Brukseli i Paryża. Dowiadujemy się również, że w ciągu dnia było 40-41°C, a nie padało w okolicy od 2-3 miesięcy (!). Nie myślałem, że w takiej temperaturze da się jeździć na rowerze (a co dopiero 120km) - idę więc spać dumny :)

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 121.52km (razem 1737.81)
Czas jazdy: 8:07:08
Średnia prędkość: 14.96 km/h
Prędkość max: 50 km/h

poprzedni   następny