01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 14
07.08.2003
Czwartek
Start: 9:10

Gdy budzimy się, Adama już nie ma. Mam trochę obaw, czy jazda w dwójkę będzie do wytrzymania - jak się później okazuje bezpodstawnych, bo mimo całego swojego zmatematycznienia, Paweł jest normalnym człowiekiem :) Składanie obozu trwa szybciej niż zazwyczaj trwało w czasie, gdy skład wyprawy miał jeszcze trzy osoby. Towarzyszy nam gospodarz prowadzący żywiołową rozmowę po włosku przez telefon komórkowy. Później mamy ubaw po pachy, gdy gospodarz i Adrian próbują rozwikłać tajemnicę węża ogrodowego bez wody. Adrian to mieszkaniec domu naszych gospodarzy, wyglądający na będącego nie w pełni władz umysłowych, niezwykle śmieszny człowiek.
Jedziemy szybko wzdłuż rzeki. Po wyjściu z choroby jestem nowonarodzonym człowiekiem! Dojeżdżamy do Feldkirch, gdzie odpoczywamy na placyku z fontanną w kształcie obracającej się kamiennej kuli. Pytając ludzi i trochę błądząc po drodze jedziemy do naszej kolejnej stolicy - Vaduzu. Trasa dosyć górzysta, nie spodziewałem się tego. Liechtenstein niczym nie oszałamia. Stolica jest raczej nowoczesna, nad miasteczkiem góruje zamek, jeden z nielicznych starych budynków w okolicy. W centrum są fajne darmowe terminale z dostępem do internetu i kamerami internetowymi - możemy wysłać obszerniejsze relacje niż standardowe lakoniczne SMSy, a także zrobić sobie zdjęcia, które dołączone są do maili. Nie spodziewaliśmy się, że już tutaj trzeba płacić frankami szwajcarskimi. Wymieniamy walutę i korzystamy z supermarketu. Jest drożej, niż w Austrii, ale da się przeżyć. O godzinie 14:40 wyjeżdżamy z Liechtensteinu. Termometr wskazuje 33°C Trasa w Szwajcarii płaska jak stół, a drogi rowerowe są świetnie oznakowane. Okolica jest dosyć brzydka, nieinteresująca. Upał się wzmaga. O 16 nie wytrzymujemy gorąca i chowamy się pod rozłożystym drzewem. Drzemiemy chwilę, potem ustalamy, że dojedziemy do jeziora Wallensee i tam pomoczymy się w wodzie, bo to, co wyprawia słońce, jest nie do zniesienia... Dojazd do jeziora dłuży się, za to krajobraz jest ładniejszy - pojawiają się piękne góry po drugiej stronie jeziora. Rozkładamy się nad jeziorem, straszny tłum tu jest. Niektórzy, jakby im było za zimno, robią grilla. Ale to jakaś dziwna rodzina, ich dzieci bawią się obok zdechłymi rybami... Dno jeziora jest kamieniste, ale szafirowa woda przyjemnie chłodna, więc jesteśmy szczęśliwi. Panorama gór po przeciwnej stronie jest piękna. Obserwujemy pociągi - napisy na nich są w trzech językach urzędowych Szwajcarii - niemieckim, francuskim i włoskim. Czwarty język urzędowy to retoromański, ale jest praktycznie nieużywany. Dalsza trasa wzdłuż jeziora jest bardzo pagórkowata, ale dosyć ciekawa - wiedzie cały czas samym brzegiem, tylko na różnej wysokości. Przejeżdżamy przez coś, na co nie natknęliśmy się w żadnym kraju - tunele dla rowerów! Oświetlone, ustylizowane na jaskinie, jedzie się nimi fajnie. Momentami droga nie jest zbyt bezpieczna - spad ponad 20% na wąskiej drodze rowerowej to niebezpieczna gratka dla sakwiarzy. Po jakimś czasie wyjeżdżamy na bardziej płaski teren i dojeżdżamy do Schaenis, gdzie szybko znajdujemy nocleg "na gospodarza" na farmie. Gospodarze nie przejmują się nami, grają sobie w karty. Po tradycyjnej kolacji z chińskich zupek kładziemy się spać.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 102.31km (razem 1338.77)
Czas jazdy: 6:31:12
Średnia prędkość: 15.69 km/h
Prędkość max: 36 km/h

poprzedni   następny