01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 13
06.08.2003
Środa
Start: 9:35

Budzę się w dużo lepszym stanie. Paweł już jest chyba zupełnie zdrowy. Od początku czeka nas jazda pod górę. Czuję, że mam gorączkę, ale przynajmniej z żołądkiem lepiej. Po kilku przejechanych kilometrach robi się naprawdę gorąco. W jakimś domu po drodze napełniamy wodą butelki u sympatycznej kobiety. Wkrótce okazuje się, jak mało mam sił. Co 2-3 kilometry muszę robić sobie dłuższą przerwę. Adam i Paweł nie mają tego problemu więc daleko mi uciekają. Mam pecha, że ten dzień słabości przypadł akurat na najwyższy punkt wyprawy - przełęcz Arlbergpass. Za ostatnią miejscowością przed przełęczą rozpoczyna się już naprawdę porządny podjazd, tutaj robię przerwy co kilkaset metrów. Przynajmniej gdzieś po drodze zniknął upał. Zniknęli też towarzysze. Spotykam ich kilka km przed przełęczą, robimy dłuższą przerwę. Wyżej przejeżdżamy przez kilka "półtuneli" - od strony góry jest betonowa ściana, a od strony spadu kolumny i widok [o ile pamiętam, to w grze Need For Speed była plansza z takim czymś :)]. Przed samą przełęczą jest tunel, co prawda bez zakazu wjazdu rowerów, ale obok jest jakaś ścieżka, którą instynkt cyklisty każe wybrać. Omija ona tunel i wyprowadza w minikurorcie na przełęczy - są tu hotele, wyciągi narciarskie i sklepy z pamiątkami. Cel osiągamy o godzinie 17. Adam w ciągu dnia pożarł wszystkie swe zapasy i kupuje tutaj jedzenie w cenie zbliżonej do cen wyrobów jubilerskich. Siedzimy trochę na przełęczy, ciesząc się widokiem bezdrzewnych gór. Drzewa zostały nieco niżej, tutaj już tylko kamienie i trawa. Niedaleko stąd helikopter przenosi jakieś konstrukcje - prawdopodobnie buduje się kolejny wyciąg narciarski. Po jakimś czasie wyruszamy w dalszą drogę - czyli po prostu puszczamy hamulce. Klasyczny serpentynowy zjazd z przełęczy - marzenie każdego rowerzysty! Szybkość, wiatr i górska panorama. Jak zwykle trzeba jechać całym pasem, żeby się wyrobić na zakrętach. Samochody trochę się niecierpliwią, ale w sumie cały czas jedziemy 40-50km/h więc nie mają na co narzekać. Przejeżdżamy przez kilka tuneli, nie pamiętam nawet czy były oświetlone, ale nie było widać prawie nic. W jednym z nich rozwijamy trzecią prędkość kosmiczną - czyli 60km/h przekroczone! A za nami jechał policyjny radiowóz... Nie zrobiło to na nich jednak żadnego wrażenia, może nie patrzyli na licznik. W pierwszej miejscowości zatrzymujemy się przed supermarketem - wreszcie okazja do nabycia produktów na porządny posiłek (czytaj: jogurt). Czeka nas jeszcze porządny kawałek z górki. Potem robi się płasko. Kierujemy się na Bludenz. Po drodze spotykamy Holendra, który dziś jedzie z Bolzano, a w ogóle z Wenecji. Tego dnia przejechał już sto kilkadziesiąt km i ma zamiar dojechać jeszcze dzisiaj do Szwajcarii. Holendra zainteresowały sakwy Adama, a dokładnie ich chwiejność, jednak beztroski Adam uspokoił go, przyzwyczajony do kaprysów swojego roweru. Trochę jedziemy razem, ale ze względu na jego prędkość wkrótce się rozdzielamy :) Dalsza trasa jest przyjemna, wiedzie przez zacieniony las wzdłuż bystrej, górskiej rzeki. Pozwala to na osiągnięcie całkiem rozsądnej prędkości. O 20 w miejscowości Ludesch za Bludenz zaczynamy szukać noclegu. Znajdujemy go u świetnej rodziny hippisów. Pan domu nosi rozpuszczone, kręcone, długie włosy, ma śmieszne krótkie spodenki. Gdy z balkonu rozlega się głośno piosenka "Smells like teen spirit", gospodyni - na oko ponadczterdziestoletnia kobieta - z entuzjazmem pyta nas czy znamy i lubimy Nirvanę. Ja jestem zachwycony, że wreszcie mogę usłyszeć jakąś muzykę, bo naprawdę mi jej brakuje. Adam zostaje uświadomiony przez gospodynię, iż austriackie "chińskie zupki" należy gotować. Okazuje się, że nieświadomy jadał pół-surowy makaron. Fakt, trochę wcześniej narzekał na jego smak :) Gospodarze są nami zainteresowani, kręcą się cały czas w naszej okolicy, pytają gdzie jedziemy i pokazują na mapie najbardziej interesujące trasy w okolicy. Bardzo nam polecają Jezioro Bodeńskie, niestety koliduje ono z naszym planem 10 stolic, musielibyśmy pominąć Liechtenstein. Przed spaniem Adam informuje nas o podjęciu decyzji - od jutra opuszcza nas. Jesteśmy trochę zaskoczeni, ale rozumiemy go i nie powstrzymujemy. Nie był zadowolony z naszego tempa (faktem jest, że siły miał niespożyte!), jego rower odmawiał posłuszeństwa (poważnie uszkodziła się manetka tylnej przerzutki - biegi skakały jak chciały), a jakieś dziewczę wzywało do Warszawy. W akcie heroizmu towarzysz pozostawia nam namiot i garnek, będzie sobie musiał poradzić bez tego przez najbliższe kilka dni podróży. Ma zamiar wyruszyć jutro bardzo wcześnie, dojechać do Zurychu i skierować się do Niemiec, gdzie w Karlsruhe mieszka jego rodzina.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 75.52km (razem 1236.46)
Czas jazdy: 6:08:18
Średnia prędkość: 12.30 km/h
Prędkość max: 62 km/h

poprzedni   następny