01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 9
02.08.2003
Sobota
Start: 11:00

Zaraz po pobudce uznajemy, że pora obudzić całe pole namiotowe i zabieramy się za trzepanie folii przykrywającej rowery. Późny start ma związek z korzystaniem z okazji do użycia ciepłej wody - rano pierzemy trochę ubrań. Gdy ruszamy, słońce porządnie już grzeje. Kawałek jedziemy główną drogą, ale po chwili zjeżdżamy na drogę rowerową, jak się po chwili okazuje, o dużym stopniu nachylenia. Jazda nie należy do najprzyjemniejszych, ale trudy rekompensują wspaniałe widoki. Szafirowo-niebieska woda Attersee gdzieniegdzie nakrapiana sylwetkami samotnych kajakarzy i nielicznymi żaglówkami na tle nieco przymglonych, olbrzymich alpejskich szczytów to bajeczny pejzaż. W centrum miejscowości Attersee nad jeziorem o tej samej nazwie korzystamy ze sklepu. Toczymy się w kierunku Mondsee, gdzie zgodnie z naszą 15-letnią mapą powinna być najkrótsza droga dookoła drugiego jeziora. Nie zraża nas znak zakazu ruchu, a zapytanie starszego pana o możliwość przejazdu upewnia nas w słuszności tej decyzji. Co prawda jest mowa o jakichś spadających kamieniach, ale co to dla nas, dzielnych podróżników... Tylko Adam nie miał kasku, ale nie protestował :) Po naszej lewej stronie wznosi się potężna, po prostu gigantyczna granitowa ściana, po prawej stronie w przejrzystej toni jeziora Mondsee widać stromo opadające dno bez wyraźnego końca. Droga coraz gęściej usłana jest kamieniami, które najwyraźniej oderwały się od granitowej skały. Wielkość głazów na asfalcie oscyluje między groszkiem a głową przerośniętego dinozaura. Nie zraża nas to, jednak na naszej drodze staje krata w tunelu wykutym w skale - niedorzeczna sprawa, bo po drugiej stronie kraty widać turystów taplających się w jeziorze. No cóż, nie tylko Polska głupkami żyje - zawracamy i straciwszy dobre 8km objeżdżamy jezioro dłuższą trasą. Słońce nie zamierza przestać świecić - jest upał, ale w granicach rozsądku. Kawałek później udaje nam się zgubić drogę metodą to-na-pewno-jest-w-tamtym-kierunku. Nawigacja wzdłuż rzeki doprowadza nas do polnej dróżki zarośniętej krzaczyskami. Zawracamy więc po raz ostatni tego dnia i obieramy prawidłowy kurs na Salzburg, co prawda główną drogą, ale nie uczęszczaną; jedzie się więc przyjemnie. Systematycznie wznosimy się jadąc w otoczeniu zielonych łąk. Przed Salzburgiem nagroda za wspinaczkę - świetny, długi zjazd z dużą prędkością. Centrum miasta nie zachwyca niczym specjalnym. Rozsiadamy się na fontannie, potem trochę z Pawłem chodzimy - ładne miasto, ale nie olśniewające. Przynajmniej świetny widok jest z mostu na rzece /chyba/ Salzach - oświetlona słońcem Cytadela na wzgórzu oraz wieże kościołów. Jakiś wredny sklepikarz trochę oszukuje Adama wciskając mu bułeczki po 1 Euro za sztukę.
Robimy chwilę przerwy w cieniu parku, a potem kierując się na lotnisko, przejeżdżamy pod nim i wyjeżdżamy z miasta. Kawałek trasy wiedzie płasko przez wioski drogą rowerową, ale wieczorem trasa zaczyna się wznosić. Dojeżdżamy do Wartberg, malutkiej osady, znajdującej się mniej-więcej na szczycie wzniesienia i przy drugiej próbie znajdujemy taki sobie nocleg przy firmie budowlanej.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 87.11km (razem 884.75)
Czas jazdy: 5:44:55
Średnia prędkość: 15.15 km/h
Prędkość max: 47 km/h

poprzedni   następny