01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 6
30.07.2003
Środa
Start: 5:30

Reszta nocy upływa spokojnie. O 4:30 niebo zaczyna się rozjaśniać. To, w połączeniu z dunajskim wilgotnym porannym chłodem, budzi mnie. Nie można pozwolić, aby zastali nas tu pierwsi spacerowicze - trzeba wszystko zwinąć i ruszać. Nie wiem, jakim cudem zebranie się, podczas gdy namiot nie był rozłożony i nie jedliśmy śniadania zabrało aż godzinę! Może po części dlatego, że musiałem wydobyć z sakw narzędzia i smar, aby Paweł mógł nanieść poprawki w swoim trekkingowym bolidzie. O 5:15 mija nas pierwszy bicyklista na kolarzówce (jak większość tutejszych kolarzy człowiek w wieku ok. 50 lat)... Chyba mu odbiło, by z własnej woli tak wcześnie wstawać ;) To znak, że najwyższy czas ruszać.
Jedziemy monotonnie wzdłuż Dunaju, czasem odbijając kawałek w bok. Cały czas raczej chłodno. Niewyspanie sprawia, że jestem wyczerpany i w paskudnym humorze. Nie mogę doczekać się sklepu i śniadania... Niestety sklepy o tej porze są raczej zamknięte, a w dodatku naddunajska droga rowerowa na tym odcinku nie grzeszy dużymi miejscowościami na trasie. W końcu gdzieś na trzydziestym kilometrze dojeżdżamy do Traismauer i robimy zakupy. Śniadanie improwizowane na parkingu.
Od rana pogoda raczej pochmurna, ale wkrótce nieco się rozjaśnia. Jedziemy w kierunku Krems. W tej miejscowości postanawiamy sobie zrobić dłuższą przerwę na obiad i odrobienie zaległości w spaniu. Robimy rundkę po miasteczku i jako cel strategiczny obieramy pełen zieleni park. Stoi tu fajny żółty garbus zaaranżowany na kwietnik. Jacyś ludzie jeżdżą z dziwnym rusztowaniem i wieszają transparenty. Wkrótce Adam i Paweł popadają w letarg. Ja nie mogę zasnąć, więc biorę w rękę aparat i wyruszam w kierunku starówki. Brukowane, pochyłe uliczki, masa kawiarenek i restauracji przy głównej ulicy i ciekawie wyglądające arkady między budynkami - to klimat Krems. Oczywiście, jak w każdym austriackim miasteczku, na balkonach dużo kwiatów. Odwiedzam ciekawy kościół Piarystów (?), w którym szczególnie nadzwyczajnie wyglądała posadzka z małych, różnokolorowych, polerowanych kafelków ułożonych w różne wzory o dominujących kolorach ciemnozielonym i bordowym.
Wracam do parku - panowie chyba się wyspali. Paweł już na nogach, Adam jeszcze drzemie. Zjadamy jakiś posiłek i ruszamy w dalszą drogę, wciąż trasą Donauradweg. Za Krems jedziemy przez olbrzymie winnice rozciągające się po obu stronach Dunaju na zboczach wzgórz, które ponad winnicami zarośnięte są lasem. Droga prowadzi przez piękne, bardzo stare miasteczka i zwykle wiedzie przez centrum miejscowości dając możliwość przejechania się przez tłumne brukowane uliczki i nacieszenia się widokiem ładnych domów, karczm i brukowanych placyków, które znajdują się w centrum każdej miejscowości.
Po jakimś czasie winnice znikają, miasteczka zwyczajnieją i znów jedziemy po prostu doliną Dunaju. Powoli zbliża się wieczór, ale co chwila mijamy miejsca, które mogłyby się nadawać pod namiot, więc nie śpieszymy się bardzo. Gdy już zaczęliśmy pytać, w jednym z domów człowiek polecił nam dalszą jazdę wzdłuż rzeki twierdząc, iż znajdziemy kawałek stąd darmowe miejsce pod namioty, gdzie jest już pełno biwakowiczów. Nie znajdujemy takiego miejsca, ale znajdujemy idealną łączkę nad samą rzeką. Na drzewie jest tabliczka "Zelten 200m", ale nie do końca rozumiemy, co ona mówi, więc rozbijamy się praktycznie pod nią. Namiot staje pod olbrzymią brzozą. Mamy do dyspozycji drewniany stół z ławką, więc czego pragnąć więcej? Zjadamy jakieś pomidorowe zupki i udajemy się na zasłużony spoczynek.

ZOBACZ GALERIĘ



Dystans: 132.29km (razem 605.28)
Czas jazdy: 9:13:16
Średnia prędkość: 14.34 km/h
Prędkość max: 40 km/h

poprzedni   następny