01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 5
29.07.2003
Wtorek
Start: 9:15

Wczesnym rankiem miła niespodzianka - o 6:00 do bram naszego namiotu stuka gospodyni i przepraszając, że nie może zrobić nam śniadania, gdyż wychodzi do pracy, wpycha w nasze zaspane ręce trzy banknoty o nominałach 5E. Żartujemy później, że jak tak dalej pójdzie, to wyjdziemy na tej wyprawie "na plus"...
Nadal wieje wiatr w twarz. Jedziemy słynną drogą rowerową Donauradweg. W tej okolicy biegnie ona w pewnej odległości od Dunaju po wale przeciwpowodziowym. Momentami można spojrzeć wstecz oraz wprzód, a droga aż po horyzont jest idealnie prosta. Po obu stronach wału zazwyczaj jest kilka metrów łąki, a dalej las. Gdzieniegdzie w pobliżu trasy rowerowej pasą się sarny i jelenie oraz kroczą dostojne bociany. Oczywiście - jak zwykle - Adam uciekł gdzieś do przodu. Dojeżdżamy do Wiednia, gdzie przejeżdżamy na znajomą nam wyspę na Dunaju (jechaliśmy tam już w zeszłym roku). Jest to swego rodzaju park dla rowerzystów i rolkarzy - dużo przecinających się dróżek asfaltowych. Trawniki podlewane są przez spryskiwacze, które niejednokrotnie opryskują również nas - raczej nas to cieszy, ponieważ słońce ostro daje czadu.
Jedziemy mniej więcej tą samą trasą, co w zeszłym roku do placu pod katedrą św. Szczepana (lub wg innych źródeł Stefana). Tymczasem niebo zachodzi chmurami i momentami nawet lecą jakieś krople. Po jakimś czasie zjawia się rowerzysta marnotrawny - Adam. Usadawia się on jak zwykle w jakiejś knajpce, a ja z Pawłem korzystam z okazji pozostawiając mu rowery, biorąc aparat i ruszając w przechadzkę po centrum.
Po zaspokojeniu potrzeby wędrowania na własnych nogach, ruszamy wszyscy trzej w rundkę po austriackiej stolicy. Robimy zdjęcia pod Hofburgiem, ratuszem i operą, a wyruszywszy już w drogę wyjazdową z Wiednia, robimy jeszcze sesję pod spalarnią śmieci kontrowersyjnego architekta Hundertwassera - kolorowym budynkiem, którego komin bardziej przypomina wieżę kontroli lotów na Jowiszu niż komin.
Ruszamy dalej wzdłuż naszej szerokiej rzeki - teraz droga rowerowa biegnie najpierw wzdłuż jakiegoś wąskiego kanału, a potem przy samej rzece. Monotonna jazda aż do wieczora. Pawłowi w pewnym momencie poluzowuje się kierownica. Wszystkie narzędzia mam ja i spoczywają one na samym dnie studni bez dna, czyli w lewej tylnej sakwie, więc nie kwapię się z ich wyciągnięciem - zgadzamy się na zrobienie tego dopiero na postoju. Oprócz tego skrzypi sobie Pawła łańcuch. Być może to spowodowało, że w okolicy 95km Paweł nagle stwierdził, że musimy odpocząć, bo on już nie może. Prawdopodobnie była to pierwsza i ostatnia taka sytuacja w historii naszych wypraw rowerowych :) Bo Paweł najchętniej jechałby od rana do wieczora bez żadnego postoju.
Wkrótce zaczynamy szukać noclegu "na gospodarza" - zjeżdżamy z drogi rowerowej do Tulln. Zaglądamy na camping, ale cena 8,50E za osobę nie wydaje nam się kusząca. Po kilku próbach znajdujemy miejsce - pani weterynarzowa stwierdza, że pole obok jej domu nie posiada właściciela i nie ma żadnego problemu, żeby się tam rozbić. Prosimy jeszcze o gorącą wodę i zabieramy się za stawianie naszego domostwa. Gdy namiot już stoi, woła nas jakiś Austriak z domu stojącego po przeciwnej stronie pola. Stwierdza, że tutaj namiotu rozbijać nie wolno, nikt tego nie chce i mamy sobie iść. No cóż... Nie mamy wyboru - zwijamy obóz, ale czekamy na naszą gorącą wodę - zupki sobie nie odpuścimy! Spożywamy naszą kolację na chodniku i ruszamy w dalsze poszukiwania. Odesłano nas do "Alpenvereinhaus" - siedziby jakiejś organizacji alpejskiej. Po długich poszukiwaniach odnajdujemy to coś, ale jest już ciemno, a budynek zamknięty na cztery spusty. Podejmujemy męską decyzję - wracamy na pole namiotowe, gdzieś spać trzeba. Niestety camping robi nam kuku - spóźniliśmy się o 5 minut i jest już zamknięty. Postanawiamy poszukać jakiejś łąki, tudzież lasu. Przejeżdżamy przez całą miejscowość i w końcu widzimy jakiś las. Wjeżdżamy w polną drogę i jedziemy. Jedziemy. Jedziemy. Po obu stronach drogi pola uprawne, a las się nie przybliża. Ciemności egipskie nas otaczają. Wracamy w końcu do miasteczka, dojeżdżamy do drogi rowerowej i jedziemy nią kawałek, po czym rozkładamy karimaty przy ławce i kładziemy się pod gołym niebem... Jest już po 23, więc nikt nam chyba tu łaził nie będzie. Pomyłka! W środku nocy idzie sobie drogą jakiś pijak z rowerem. Minąwszy nas zatrzymuje się kawałek dalej, kładzie rower i coś zaczyna gadać do Adama. Adam uparcie powtarza "ich verstehe nicht" i w końcu pijak sobie idzie. Twierdził, że jego "fahrrad ist kaputt". Pijak łapie swój rower i próbuje go postawić w pionie. Coś jest nie tak. Pijak nie ma pojęcia, o co chodzi. Ja widzę, że ten głupek włożył nogę w ramę... No cóż, może jakoś zrozumie sytuację. Stał tak z tą nogą w ramie ponad 10 minut, w końcu udało mu się wyciągnąć kończynę. Można było sobie wreszcie pozwolić na sen... (piszę oczywiście o sobie, bo Adam i Paweł nie przejmowali się gościem i dawno już zasnęli ponownie)

Dystans: 114.73km (razem 472.99)
Czas jazdy: 8:25:12
Średnia prędkość: 13.62 km/h
Prędkość max: 38 km/h

poprzedni   następny