01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44

Dzień 4
28.07.2003
Poniedziałek
Start: 9:00

Poranek wita nas ostrym słońcem. Z Medvedova kierujemy się na Dunaj i jedziemy nadrzecznym wałem. Oprócz słońca na naszą niekorzyść działa paskudny wiatr w twarz. Na drodze rowerowej prowadzone są jakieś prace - co chwila musimy omijać walec. Adam wybiera dla siebie inną trasę - zwykłą szosą. Spotkamy się dopiero w Bratysławie. Wkrótce droga rowerowa biegnąca po wale kończy się i trzeba wybrać inną trasę. Nie za bardzo można się połapać w kierunkach kilku odbiegających stąd dróg. Najpierw błędnie wjeżdżamy na potężną zaporę na Dunaju, ale już po chwili jedziemy poprawnie. Wkrótce robimy pasztetową przerwę w cieniu na jakichś nieużywanych torach. Teraz czeka nas porządny kawałek jazdy główniejszą drogą. Poszukujemy sklepu w celu zrobienia podstawowych zakupów. Mijamy co prawda jakieś, ale są to jakieś wiejskie słabo zaopatrzone spożywczaki. W większym napotkanym sklepie kupujemy sobie po jakimś jogurcie, który wypijamy przed budynkiem. Tutaj zaczepia nas starszy, wyglądający mniej więcej na 70 lat Słowak. Wypytuje nas o cele podróży i opowiada conieco o okolicy. Dowiadujemy się, że mieszka tutaj mniejszość węgierska, której w okolicznych miejscowościach jest więcej niż Słowaków i dlatego Węgrzy teren ten uważają za swój i gardzą Słowakami. Starszy pan cieszy się, że spotyka prawdziwych Słowian i zaprasza nas na kawę. Nie odmawiamy, jest południe i możliwość posiedzenia w cieniu cieszy. Zostajemy poprowadzeni do odległego o kilkaset metrów domu. W ogródku pną się winogrona. Przyjęci zostajemy w podłużnym przedsionku. Wygląda na to, że Słowak w tym przedsionku mieszka. Resztę domu zapewne zajmuje laboratorium bimbrowe, o którym gospodarz nam opowiada. Zostajemy zresztą poczęstowani braterskim sznapsem pochodzącym z tego laboratorium - świetnym destylatem winnym o 60-procentowej zawartości alkoholu. Przez chwilę nie mogłem po tym złapać oddechu :) Wypijamy kawę gawędząc i ruszamy w drogę. Porządnego sklepu jeszcze długo nie znajdujemy, tym bardziej, że akurat przypada czas sjesty. Żeby nie jechało się zbyt wesoło, wyjeżdżamy na jeszcze ruchliwszą drogę prowadzącą do Bratysławy, a wiatr w twarz wcale nie zamierza ustać. Wreszcie gdzieś po drodze znajdujemy Billę, gdzie kupujemy wszystko, co trzeba. Niedługo potem zaczynają się gęste zabudowania - stołeczne przedmieścia. Od tej chwili aż do samego centrum jedziemy dwupasmówkami nie widząc alternatywy. Po jakimś czasie tradycyjnego błądzenia znajdujemy charakterystyczny bratysławski rynek. Naszego kompana nie widać. Siadamy sobie w cieniu i czekamy. Na rynku, który ma kształt litery L, stoi masa parasoli, przewija się wielu turystów. Otoczony jest ładnymi kamienicami, kawiarniami, między którymi znajduje się także kościół i muzeum. Nieczęsto spotykana cecha - na rynku rosną dwa (o ile się nie mylę...) duże drzewa dające przyjemny cień. W części placu nie znajdującej się pod drzewami stoi kilka budek, w której sprzedaje się wyroby rękodzieła, porcelanę i inne pamiątki z Bratysławy. Wkrótce dołącza do nas Adam, który już od dawna kręci się po okolicy i zaniepokojony jest naszą przedłużającą się nieobecnością. Robię rajd przez cały rynek, aby wybrać kawiarnię z najniższymi cenami - wybór pada na parasole chińskiej restauracji. Wypijamy z Pawłem jakieś soki, Adam piwo. Adam oddaje telefon do ładowania, więc musi tutaj siedzieć i pić piwo dopóty, dopóki bateria nie będzie pełna :) Zostawiamy mu bicykle i ruszamy pieszo pochodzić po mieście. Robimy trochę zdjęć, między innymi obowiązkową fotografię z mosiężnym człowiekiem naturalnych rozmiarów wystającym z kanału. Postanawiamy odwiedzić również zamek znajdujący się na wysokim wzgórzu. Wstęp na dziedziniec na szczęście bezpłatny. Z zamkowych murów obserwujemy ładną panoramę słowackiej stolicy. Widać Dunaj, a po jego drugiej stronie blokową dzielnicę Bratysławy (prawdopodobnie Petrżalka). Mając taki widok, odnajdujemy drogę, która wyprowadzi nas z Bratysławy wzdłuż Dunaju w pożądanym kierunku. Wracamy do Adama, który dopija ostatnie piwo i ruszamy w drogę. Najpierw coś mieszamy, ale po chwili znajdujemy odpowiednią trasę. Jest już przed 19, więc słońce nie pali, a i wiatr ustał. Całkiem szybko zasuwamy i już niedługo potem jesteśmy przy granicy z Unią Europejską. Po przekroczeniu tego przejścia, możemy paszporty wetknąć do sakw na następne 6 tygodni... Po stronie austriackiej droga rowerowa odchodzi nieco od Dunaju i wiedzie raczej wzdłuż szosy samochodowej. Czasem zbacza gdzieś w las lub między pola, gdzie okoliczni mieszkańcy palą pozostałości po zbiorach. A może to my zbaczamy, bo droga rowerowa gdzieś się zapodziała... Jedziemy jednak we właściwym kierunku, więc nie narzekamy. Dojeżdżamy do miejscowości Hainburg, gdzie postanawiamy zacząć poszukiwania miejsca na nocleg. Po trzech nieudanych próbach prowadzimy długie pertraktacje nad tym, czy należy pytać w domu, w którym odbywa się nabożeństwo świadków Jechowy. Adam jest gorącym zwolennikiem tego wyboru, Paweł raczej oponuje, ja natomiast jestem bezstronny. Adam jednak nigdy nie pyta o nocleg, więc ja i Paweł postępujemy zgodnie z naszym wyborem i pytamy obok, co jest strzałem w dziesiątkę. Nocleg na ładnym trawniku w ogrodzie, dostajemy gorącą wodę i trochę rozmawiamy po angielsku z gospodynią, która jest pielęgniarką. Przy kolacji słuchamy szerokiego zestawu chrapnięć męża gospodyni, który śpi w oknie nad stolikiem, przy którym siedzimy. Po gorącym dniu miło pochodzić boso po mokrym trawniku. Po spożyciu naszych zupek wbijamy się do namiotu i szybko usypiamy. Jest to jedyny nocleg, gdzie mamy prąd w namiocie :) (przedłużacz).

ZOBACZ GALERIĘ


Dystans: 87.60km (razem 270.66)
Czas jazdy: 6:19:00
Średnia prędkość: 13.87 km/h
Prędkość max: 38 km/h

poprzedni   następny